Usłyszałem o niej dawno temu, była ciekawostką, która ukryła się w zakamarkach pamięci. Po Miłkach przyszedł czas na nową podróż i nowe wyzwanie, a szukając natchnienia, przeglądając mapy, przeczesując internet, wypytując znajomych o ciekawe miejsca przypomniałem sobie o niej. Wystarczyła chwila i już wiedziałem, że będzie to podróż do źródeł. Źródeł czystości i jasności, bo od prawosłowiańskiego “jes” swą nazwę wzięła rzeka Jasiołka.
Zaplanowałem sobie wszystko od początku do końca – na papierze (w głowie) wszystko wydawało się łatwe, pogoda miała być piękna, miało być ciepło, droga miała być prosta i szeroka, wino owinięte w zimny ręcznik czekało na odpowiedni moment w bagażniku. Życie zweryfikowało jednak moje plany dosyć szybko, bo już po kwadransie utknęliśmy w korku na autostradzie. Żar z nieba, zimowe opony przyklejające się do asfaltu, silnik wyłączony, a prawa noga w rytmie wolnej rumby co regularnie naciska hamulec – jedziemy z górki. Myśląc – dobrego złe początki i ciesząc się, że udało nam się zjechać z autostrady, poczuć wiatr we włosach stanęliśmy w kolejnym korku.
Kto powiedział, że podróż do źródeł ma być łatwa? Wręcz przeciwnie, powinna dać w kość, bo gdzie byłoby miejsce dla satysfakcji. Kierując się zasadą: proste problemy rozwiązujemy w prosty sposób, prosimy panią krysię z gps’a o pomoc. Skręcamy w prawo i omijamy korek szerokim łukiem. Trasa dłuższa, za to jakie widoki! Włochy – zachodzące słońce, pola uprawne na stokach, porozrzucane niedbale drzewka owocowe, po prostu pięknie.
Plan na wieczór jest prosty – prowadzeni przez krysię jedziemy w kierunku źródła i około 20 szukamy miejsca biwakowego. Widoki coraz lepsze, góry, lasy, pozytywne nastwienie, za moment się gdzieś rozbijemy. Gdy na kilka minut przed dwudziestą trębacz wychodzi na szczyt wieży mariackiej by odegrać hejnał, my stajemy w korku. Sytuacja niewesoła, w lewo skręcić się nie da – rzeka, w prawo też nie – góra. Mija 20 minut, nie posunęliśmy się nawet o kilometr, nerwowo spoglądam na zegarek. Na horyzoncie pojawia się zapora, możemy skręcać, mijamy osuwiska i znajdujemy łąke z pięknym widokiem. Właścicielka pozwala nam się rozbić, niewiele myśląc parkuję na łące zgodnie z jej życzeniem. Następnie jako prawdziwy mężczyzna po raz pierwszy trzymający kosę, nieudolnie staram się ten malutki potrzebny skrawek wykosić. Staruszka jednak nie ma tyle cierpliwości dla chłopaka z bloków i przejmuje narzędzie kostuchy. Starając się odbudować nadszarpnięte męskie ego szybko rozbijam namiot (jestem w tym coraz lepszy). Mina mi jednak rzednie w momencie gdy zostaję uświadomiony, że parkowanie na łące nie było zbyt mądre. Trzeba spróbować wyjechać.
Podejście numer jeden – wsteczny, płynnie dodany gaz – koła buksują. Podejście numer dwa – lekki zjazd w dół, wsteczny, rozpęd – koła buksują. Auto pełne komarów, włosy mokre od potu, wizji na prysznic nie ma, a wyjechać trzeba teraz, bo rano łąka będzie mokra. Podejście numer trzy (lekcja fizyki stosowanej) – gałęzie pod koła, wsteczny i płynnie gaz – koła buksują. Podejście numer cztery – zmiana kierunku, sprzęgło, jedynka, hamulec, gaz, adrenalina – koła buksują. Podejście numer pięć – gałęzie, sprzęgło, dwójka, hamulec ręczny, wyprostowane koła, gaz, komary, adrenalina – wyjeżdżam – euforia!
W nocy oberwanie chmury, rano wstajemy, pakujemy się, dziękujemy staruszce i powracamy na trasę do źródła. Plan na dziś – dotrzeć do źródła. Gdy docieramy do zapory, kolejka samochodów już na nas czeka, żar leje się z nieba – w plan trzeba wpleść kąpiel. Jezioro Rożnowskie nie należy do najczystszych, udaje się jednak znaleźć ustrojne miejsce, wskoczyć do wody i na brudnym kamieniu spożyć posiłek. Słońce w zenicie – powrót na trasę, Podkarpacie, porozrzucane domostwa, cerkwie, malutkie cmentarze. Docieramy do Komańczy, skąd powinniśmy wyruszyć niebieskim szlakiem ku Kaniasiówce. Biorąc pod uwagę ciężar plecaków, odległość i zbierające się nad Bieszczadami czarne chmury, z bólem serca decydujemy się odłożyć treking na jutro, a noc spędzić w Zaciszu. Trzy namioty, dwa puste domki kempingowe, wychodek i prysznic. Jeden z namiotów zamieszkały przez małżeństwo, które odwiedza Zacisze od dwudziestu lat. Nie dziwię się, miejsce urokliwie położone tuż przy górskim potoku, zadbane, ciche i spokojne, można się zakochać. Właściciel pali w piecu, co równoznaczne jest z ciepłą wodą pod prysznicem, ognisko podtrzymują stali bywalcy, kiełbaska, paluszki, piwo, czyli biwak pełną gębą.
W obawie przed duchami mieszkańców Jasiela, zauroczeni Zaciszem, postanawiamy następnego dnia zostawić obozowisko, spełnić obywatelski obowiązek, a następnie udać się ku źródłu.
Wstajemy wcześniej niż dnia poprzedniego, oddajemy głos, robimy zakupy, pakujemy potrzebne rzeczy i wyruszamy. Gdy tylko wkraczamy na szlak, gdzieś w oddali zaczyna grzmieć. Jakaś tajemnicza siła nie odpuszcza, tym razem próbuje przestraszyć nas burzą. Nie zrażeni maszerujemy przed siebie. Mijajmy samotny górb wśród traw, niedźwiedzie drzewo, drzewo nieskromne, przyczajony cmentarz. Docieramy na szczyt Kaniasiówki. To na jej zboczach źródło swe ma rzeka Jasiołka. Napięcie rośnie, jeszcze tylko godzina marszu i dotrzemy do rzeki.
Nagle wszystko cichnie, wiatr ustaje, rzeczywistość przybiera żółtą barwę. Cisza przed burzą. Błysk i grzmot. Półtora kilometra do celu. W myślach powtarzam sobie, że podróż do źródła nie może być łatwa i usłana stokrotkami. A niech pada! Niech wali piorunami! Musi się udać! Burza przechodzi bokiem. Całe szczęście, bo nie wszyscy są tak pozytywnie do przeciwności pogodowych nastawieni. Docieramy do celu tej podróży. Wieś Jasiel. Rzeka Jasiołka. Chłodna, czysta i jasna, a ponadto smakuje wyśmienicie:) Do źródła można dotrzeć polną drogą na rowerze, ale wersja z emocjami i pod górę jest zdecydowanie fajniejsza.
W błędzie byłby ten, kto pomyślałby, że to koniec przygód. Trzeba przecież jeszcze wrócić do obozowiska, a jeśli wracać, to inną trasą. Na mapie, żółta ścieżka miała być tą najszybszą. Miała być, realia są zgoła inne. Po 15 minutach szlak zanika, kłody pod nogi, powalone drzewa, haszcze, pokrzywy. Trzeba omijać pozrywane gałęzie, szukać żółtych znaków. Docieramy do skraju rezerwatu, zaczyna się wyboista, wyżłobiona przez wodę ścieżka. Mijamy znak informujący o zakazie wejścia do lasu w tym miejscu. Zrywka i wycinka drzew, o której nikt nie informował jak wchodziliśmy na szlak. Dalej idziemy szosą, nie łapiemy stopa, nie miałoby to sensu, w ciągu godziny przejeżdżają 3 samochody. Czwarty sam się zatrzymuje. Dwóch hodowców gołębi proponuje nam transport. Nie zastanawiając się, wsiadamy i po kilkunastu minutach docieramy do obozowiska.
Zmęczeni marzymy tylko o prysznicu, kolacji i ciepłym śpiworze. W Zaciszu brak ciepłej wody. Trzeba zastosować wiedzę zdobytą na kursie termodynamiki technicznej i napalić w piecu. Chłopak z bloku przyzwyczajony do tego, że ciepła woda leci ze sciany, nie do końca wie jak się do tego zabrać. Trzy komory w piecu. Nie wiadomo, z której strony zacząć. Papieru na rozpałkę brak. Przez głowę przelatują złote myśli Raya Mearsa. Trociny, suche liście, patyczki. Coś zaczyna się tlić. Dmuchanie. Jest, jest ogień. Przy próbie przeniesienia do komory spalania-gaśnie. Po kilku podejściach sukces, będzie ciepła woda. Honor, duma, ego uratowane. Rozpalamy ognisko i jemy kolację. Jakby przygód było mało, zapada zmrok, giną kluczyki, zaczyna padać deszcz. Brelok z przypiętym kluczem błyszczy w trawie, woda jest przyjemnie ciepła, namiot przytulny, można zasnąć.
Powrót bez pośpiechu. Odwiedzamy cerkwie, robimy zdjęcia, piknikujemy, moczymy nogi w chłodnych wodach Jasiołki. Wieczorem docieramy do Krakowa i zaszywamy się w Siedlisku Jasiołka.













