Amusement

February 1st, 2010 by

Metro pekińskie to fajny wynalazek, za 1zł można przejechać Pekin wzdłuż i w szerz. Z chłopakami jedziemy do wesołego miasteczka, dumnie nazwanego Beijing Amusement Park. Wygląda na zamknięte, podchodzimy jednak pod bramę i za 1 euro wchodzimy do środka. Klimat jak w tych polskich – objazdowych, wszystko brudne, zdezelowane i co najgorsza smutne. Wieje pustką, chociaż to sobota, a dzieci mają ferie zimowe. Może dlatego, że jesteśmy na półtora godziny przed zamknięciem, ale po imprezie należało się wyspać:) Gramy na automatach w gry z dzieciństwa, podziwiamy gokarty rozpędzające się do niebagatelnych 10km/h i wydające przy okazji dźwięki traktoryczne. Miejsce jest naprawde wyjątkowe i warte zobaczenia, bo żeby pojeździć kolejką trzeba być odważnym:)

Idziemy coś zjeść w najbliższej restauracji. Nikt nie mówi po naszemu, więc wybieramy potrawy z listy na chybił trafił. Trafiam na słusznych rozmiarów miskę zupki chińskiej z jajkiem, makaronem i innym zielskiem. Mam szczęście – smakuje lepiej niż produkty instant z torebki w Polsce. Gdy kończymy, mrok już zapadł, a na horyzoncie księżyc w pełni. Wchodzimy na staję metra, jak się okazuje jednokierunkową, konsternacja na naszych twarzach wywołuje litość u obsługi stacji, która przejściem służbowym transportuje nas na stację, z której kolejka jedzie w przeciwnym kierunku.

W hostelu zastaje mnie informacja, że mam szczęście, jest dla mnie bilet do ChongQing – wyjazd następnego dnia rano, hard sleeper, jedyne 31h jazdy. Pierwszego dnia pomagałem właścicielowi hostelu z jego makiem, dzięki czemu zostałem jego najlepszym kumplem. Jakimś cudem udało mu się załatwić bilet na dzień przed wyjazdem, co jest niełatwe w okresie przedświątecznym. Na dodatek następną wizytę w hostelu mam za free.

W Chinach, nawet tak marny i niedoświadczony w piciu Polak jak ja może zostać mistrzem w piciu. Absynth ze spritem, chińska wódka, B55 – wszystko wchodzi lepiej niż nasz narodowy trunek, a Chińczycy krzywią się i robią miny. Wieczór się przeciąga do późnych godzin nocnych, a miałem się wyspać przed dalszą podróżą. Cóż, będę spał w pociągu.

Wstaję o 7, jem śniadanie, jadę na dworzec i dopiero gdy nań docieram zaczynam rozumieć co to znaczy tłok, przed wejściem kolejka na 50m, wszyscy się przepychają i próbują ją omijać. Wbrew temu co piszą, dworzec jest prosty w obsłudze (przynajmniej zachodni). Mając bilet nie można się pomylić, czy zgubić, bo po prostu podążasz za cyferkami. Problemem może być kupno/rezerwacja biletu, ale tego nie miałem okzaji doświadczyć. Wsiadam do pociągu, zajmuję dolne łóżko (zgodnie z biletem). Na początku wszyscy przyglądają mi się z ciekawością. Próbuję porozmawiać z przesympatyczną dziewczyną (Queenie jak się okazuje później), jednak nie mówi prawie wogóle po angielsku. Po chwili jednak znajduje się dwóch studentów telekomunikacji, którzy pomagają mi w komunikacji z otoczeniem. Jestem drugim obcokrajowcem w ich życiu, z którym mogą porozmawiać po angielsku. Pytaniom nie ma końca; rozmawiamy o ich studiach, życiu w Polsce i Chinach, sławnych ludziach. Potem udzielam im lekcji geografii europy, a sam dowiaduje się, co muszę skosztować kiedy już dojadę do ChongQing.

Wszyscy są niesamowicie mili, dzielą się ze mną przekąskami i chińskim winem (które jest raczej wódką bo ma 56%). Chłopaki pozwalają mi skorzystać z internetu w komórce, bo zapomniałem zapisać adresu hostelu. Queenie dzieli się ze mną zupą i uczy grać w karty. Cała podróż mija w serdecznej i sympatycznej atmosferze.

W następnym odcinku … Gotham City i Chińskie Dziewczyny :)

Poniżej zdjęcia z mrocznego (wesołego) miasteczka, reszta w następnym wpisie.

Train shots

February 3rd, 2010 by

Gotham City

February 3rd, 2010 by

Pociąg po trzydziestu godzinach jazdy nie wygląda jak po przejściu huraganu, tak jak się tego spodziewałem. Wprawdzie rzucanie śmieci pod siebie i spluwanie na podłogę jest normą, ale co jakiś czas przechodzi kierownik wagonu z miotełką i workiem na śmieci, zbierając nieczystości. Dojeżdżamy do ChongQing, pociąg się zatrzymuje, wszyscy wysiadają. Łapanie taksówki nie należy na pierwszy rzut oka do czynności prostych. Po dwóch nieudanych próbach okazuje się, że należy ustawić się w specjalnej kolejce obsługiwanej przez dwóch funkcjonariuszy publicznych. Tam kolejno podjeżdżające żółte pojazdy (brak napisu taxi po naszemu) zabierają chętnych. Gdy po kilku minutach wkońcu dostaję swój przydział, kierowca zupełnie nie ogarnia zbytnio celu mojej podróży. W tym momencie na ratunek biegnie jeden z funkcjonariuszy (w zasadzie to całkiem ładna funkcjonariuszka) i pomaga mi znaleźć kierowcę lepiej orientującego się w przestrzeni miejskiej. Ładuję się do środka, jedziemy. Po prawej Jangcy, po lewej wielopietrowe wieżowce, a wszystko za mgłą – Gotham City wita:)

Melduję się w hostelu, ekipa całkiem sympatyczna, prawie brak obcokrajowców. Prawie jednak robi wielką różnicę, bo nie dość że w tym samym hostelu zamieszkuje już troje Polaków, to jeszcze są z Krakowa (sic!) :). Jako, że jest już późno, kolację jem w hostelu, a potem oglądam film Moon (polecam) z krajanami.

Train lag sprawia, że śpię do 12, wstaję zbieram aparat i wyskakuję na miasto zatopione we mgle i otoczone górami. Setki schodów, podejść i stromizm daje mi się we znaki. Docieram do cable cara, który zabiera mnie na drugą stronę rzeki. Na której brzegu stoi świeżo wybudowany i pokryty zielonkawo-szmaragdowym szkłem teatr – imponująca budowla.

Popołudniem spotykam się z Zou, jemy razem kolację – żołądki świńskie i wołowinę. Dowiaduję się paru faktów o mieście, o tym że życie nie jest lekkie nawet, jeśli skończyło się dwa fakultety (angielski i prawo). Zou pracuje w firmie deweloperskiej na pełen etat, do tego dochodzą nadgodziny i dojazdy, razem 10-12 godzin dziennie. Zarabia 200 euro miesięcznie, z czego połowa idzie na spłatę rat kredytu, a reszta na rachunki, jedzenie i dojazdy. Ciężko jej odłożyć cokolwiek, pociesza się jednak tym, że to dopiero początek jej kariery, a szef jest dobrym człowiekiem.

Po powrocie do hostelu rodacy zapraszają mnie na wspólną wyprawę na Huo Guo – lokalny przysmak. Hot pot, bo tak to się tłumaczy na angielski, to takie lokalne fondi – siedzi sie przy jednym garze i gotuje w przegródkach różne składniki. W naszym przypadku były to ośmiornice, mięsko, grzyby, tofu, kiłki, szczypior. Gar wypełniony jest wodą z czerwonymi papryczkami i innymi przyprawami. Wkłada się go do dziury w stole, w której znajduje się palnik. Następnie do przegródek wrzuca się składniki odczekuje chwilę i spożywa. Jeśli obserwuje się Chińczyków przy innych stolikach wygląda to na łatwe. Jednak każdy kęs jest palący i piekący. Po chwili zaczynają cieknąć łzy i zaczyna się smarkanie – całe szczęście pojemnik z chusteczkami jest pod ręką. Trzeba ratować się colą, piwem i ciastkami czekoladowym. Jednak… pomimo całej tej pikanterii huo guo jest naprawdę pyszne i miłośnikowi ostrej (bardzo) kuchni będzie smakować.

W nocy doczytowuję Przygody damskiego fryzjera i pożyczam ją moim krakowskim znajomym (Someday’u nie martw się – odzyskam ją po powrocie), którzy rankiem opuszczają ChongQing.

ChongQing & Huo Guo

February 4th, 2010 by

Huo Guo

Miasto wychodzi z mroku

February 5th, 2010 by

ChongQing leży na złączeniu dwóch rzek Jangcy i Jialing, przy czym ta pierwsza ma kolor żólty, a druga niebieski. Ponad rzeką wznoszą się wielopiętrowe wieżowce zbudowane na zboczach gór. Miasto znane jest zasadniczo z trzech rzeczy: wyżej wspomnianych rzek, pięknych dziewczyn i Huo Guo (opisanego w poprzednich postach).

Spotykam się z dwoma lokalnymi dziewczynami. Yuanyuan i Kehua, są atrakcyjne, otwarte na świat, niezależne. Jemy razem kolację – zupka z czymś w rodzaju śmietany, chińskie pierogi z mięsem, i coś na kształt sorbetu zrobionego z ryżu na deser. Idziemy do baru, w którym płaci się za granie w gry planszowe – wybór jest spory.

Gramy, popijamy lemoniadą i rozmawiamy o ich problemach ze znalezieniem miłości. Faceci w ich wieku zwykle są zajęci, a one – do tej pory pochłonięte robieniem kariery, nie miały czasu na poszukiwania. Większość dziewczyn w Chinach, jak mi tłumaczą zakochuje się i wychodzi za mąż za swojego pierwszego chłopaka. One mają za sobą długotrwałe związki, które nie zakończyły się jednak małżeństwem. Kehua zasypuje mnie pytaniami jak wyglądają randki na zachodzie, bo za dwa tygodnie spotyka się z Australijczykiem poznanym przez internet.

Następnego dnia pobudka o 12 i początek walki o bilet na wschód. Pociąg jest w cenie samolotu, więc szybszy środek lokomocji jest naturalnym wyborem. Linie lotnicze nie akceptują jednak karty płatniczej, paypal jest nieaktywny, wszystko sprzysięga się przeciwko mnie. Dziewczyny z recepcji pomagają mi jednak zamówić bilet przez telefon. Wymiana pieniądzy w banku – wypełnianie papierków, kolejki, biurokracja, łącznie ponad godzina zmarnowanego czasu. Udaje się, kurier dostarcza bilet, płacę gotówką i w niedzielę lecę do Szanghaju.

Wieczorem autobusowa wycieczka – miasto nocą, pocztówkowe zdjęcia, nic ciekawego. Na kolację jem smażone na miejscu czipsy i zagryzam ostrym szaszłykiem. Przed przyjazdem tutaj nie byłem świadom tego, że jest kilka rodzajów ostrego jedzenia. Jeden powoduje mrowienie na języku, drugi nie pozwala oddychać, a jeszcze inny powoduje łzawienie oczu.

W hostelu oglądam po raz setny Vicky Christina Barcelona i zasypiam. Gdy wstaję, jest już po dwunastej, a przez mgłę i chmury przedziera się słońce, miejscami nawet widać błękit nieba. Razem z dwoma amerykaninami płynnie posługującymi się chińskim jedziemy do artystycznej dzielnicy miasta. Budynki całe w grafiti – zupełnie inne ChongQing – pozytywne i optymistyczne.

Jemy kurczaki w ostrym sosie, przegryzamy gołębimi jajkami i rybnymi kulkami, zapijamy pepsi i chińską wódką ;) Chyba powinienem częściej pić przed fotografowaniem – wódka wyzwala pokłady odwagi:) Łapiemy taksówkę, wracamy do centrum i zaliczam moją pierwszą w życiu wizytę w amerykańskiej ambasadzie jak nazwywają to miejsce moi współtowarzysze – Starbucks. Po wypiciu gorącej czekolady zostawiam ich i idę robić zdjęcia korzystając z faktu, że ciągle jestem pod wpływem alkoholu:)

Chongqing – Shanghai

February 8th, 2010 by

Weekend zaczyna się od wizyty w Duńskim barze, na nieoficjalnym spotkaniu Couchsurferów. Przy sąsiednich stołach impreza firmowa – głośne karaoke, fałszowanie i zabawa na całego. Jak na nasze standardy śpiewy kończą się wcześnie, przenosimy się więc do baru, a następnie do pachnącego nowością klubu w stylu zachodnim (taka chińska Taawa czy Tawaa – kicz i plastik). Od progu wita nas techno, a na parkiecie podrygują – bo tańcem tego nazwać nie można – chińskie nastolatki. Bonkersa brak, Lady Gagi też, jedynie mocno bijące po nerkach basy. Na dłuższą metę nie do wytrzymania, wracam więc do hostelu.

Sobotnie popołudnie, zaczyna się wizytą w zabytkowej części Chongqing (Ciqikou) – tłumy ludzi, stare budownictwo, sklepy z pamiątkami. Zupełnie inno strona miasta – chińskie Krupówki. Gadka szmatka, spacerek, przekąski od sprzedawców ulicznych. Wszystko nastawione na turystów, ale raczej lokalnych niż zagranicznych, bo obcokrajowiec jest tu tylko jeden, w obstawie dwóch Chinek (wspomianych w poprzednich wpisach). Można tu nabyć w zależności od preferencji lub wyznania trójwymiarowy obrazek Jezusa, Buddy lub innego Boga. Brak tylko Matki Boskiej z Lichenia. Po zaopatrzeniu się w dewocjonalnia można na czerwonej karteczce zapisać marzenia noworoczne, a następnie przykleić je do ścian jednej z kamienic. Jedni życzą zdrowia rodzinie, inni chcieliby pieniędzy, a jeszcze inni po prostu pragną seksu – ot globalizacja :)

Po obiedzie wskakujemy do autobusu jadącego w kierunku centrum. Kolejny wypadek w przeciągu miesiąca – tym razem nie z mojej winy – w tył autobusu wjeżdża busik. Szybki rekonesans, nikt się zbytnio całym zdarzeniem nie przejmuje – więc docieramy na miejsce bez opóźnień. Pożegnalny drink w klubie, muzyka na żywo, kilka przetańczonych kawałków…

W hostelu zastaję ekipę gotową do wyjścia na Huo Guo – nie mogąc zmarnować ostatniej okazji na gorący kubek, wracam skąd właśnie przyjechałem. Tym razem nie jest już tak ostro (może kwestia doświadczenia), a dowcip o smoku (głupio napisać o czym jest naprawdę zaraz po poruszeniu kwestii jedzenia) daje radę nawet po angielsku.

Kilka godzin snu, budzik wyje, ciężko wstać, ale samolot nie poczeka. Lot przebiega bez zakłuceń, może poza faktem, że samolot wydaje dziwne dźwięki. Zasypiam zaraz po starcie, a budzi wstrząs lądowania. Szanghaj wita.

Mgła, deszcz i szklane domy.

Ciqikou

February 10th, 2010 by

Shanghai

February 13th, 2010 by

Shanghai wita przygnębiającą mgłą i deszczem, co tylko potęguje zmęczenie. Rozespany opadam na ławce tuż przy taśmie podającej bagaże, po chwili maszyna wypluwa plecak, zakładam go na plecy i wskakuję do shuttle busa. Europa wita tuż po opuszczeniu terenu lotniska. Budynki jak na przedmieściach Paryża, wielkopłytowców nie ma tak dużo jak w Chongqing czy Pekinie. Po czasie krajobraz zmienia się, wjeżdżamy do Nowego Jorku – pojawiają się szklane domy. Górne piętra skryte w chmurach, czysto i lśniąco. Autobus zatrzymuje się przy centrum, muszę przesiąść się do metra. W duchu przeklinam ludzi, którzy robili identyfikację wizualną Shanghai Subway. Po pół godzinie chodzenia wokół parku, znajduję odpowiednie wejście i docieram na odpowiednią stację. Dalej pozostaje przestudiowanie mapy i nie tak łatwy wybór kierunku podróży. Mija dziesiąta godzina od opuszczenia hostelu w Chongqing, na tym etapie wróciłbym do Pekinu. Zamiast tego melduję się w hostelu, przykładam głowę do poduszki, zasypiam.

Shanghai buduje się bardziej niż Pekin – za 3 miesiące rozpoczyna się wystawa światowa. Przy głównej promenadzie Bund wszystko jest odgrodzone, rozkopane i przebudowywane. Rzeki nie widać, promenady zresztą też. Z jednej strony za placem budowy wyrastają drapacze chmur Pudongu, z drugiej stylowe wieżowce z początku 20 wieku.

Chiny wydają masę pieniędzy na Expo, pomalowane zostały wszstkie przęsła wielopoziomowych autostrad biegnących przez miasto. Wyczyszczono też bloki mieszkalne, a te których się nie dało pokryto farbą. Rząd nakazał pozamykać wszystkie klimatyzatory w jednakowych obudowach, dzięki czemu wyglądają jednolicie. Wszsystko lśni, jedynie kierowcy narzekają, że farba podczas wielkiego malowania ubrudziła samochody. Ciężko się im dziwić, zwłaszcza, że aby kupić samochód muszą wydać sporo, po pierwsze cena samochodu, po drugie podatek, a po trzecie trzeba wylicytować tablice rejestracyjną. Ceny tablic podczas licytacji potrafią dojść do 20 000zł, dzięki czemu bogaci się miasto i ogranicza ilość samochodów w mieście. Kombinatorzy mogą zarejestrować samochód poza Szanghajem, ale wtedy nie mogą jeździć po najwyższym poziomie autostrady.

Mieszkańcy Szanghaju są smutni, opuszczone głowy, pośpiech, nie patrzą sobie w oczy i nie uśmiechają się. Może to wina pogody, która zmienia się z dnia na dzień. Jednego dnia można chodzić w podkoszulku, następnego temperatura nie przekracza pięciu stopni i pada deszcz z gradem. Nie pozostaje nic innego jak spanie w ciepłym pokoju i czekanie na kolejny dzień.

Miałem się zbierać do Hungzhou, ale nowy rok przywitam jednak tutaj, we wtorek samolot do Shenzhen, a potem Hong Kong.

S-S czyli z Shanghaju do Shenzhen

February 19th, 2010 by

Od ostatniego wpisu minął prawie tydzień. Nie popadłem jednak w marazm i zrezygnowanie, nie jest to wina tego, że mi się nie chciało…

Po trzech dniach ponurej i zimnej aury człowiek musi odreagować. W odpowiedzi na tego typu potrzeby Szanghaj proponuje niezliczoną ilość barów, pubów i klubów – do wyboru do koloru. Hostel też jest miejscem niczego sobie, lobby duże, a co najważniejsze ekipa daje radę. Jest na tyle dobra, że rezygnuję z wyjazdu do Hongzhou i postanawiam spędzić nowy rok tutaj.

Noworoczny (sylwestrowy) wieczór rozpoczynamy od kolacji w stylu amerykańskim – wielkie steki, frytki i piwo (lub jak kto woli cola). Przenosimy się do francuskiej knajpy za namową mojego francuskiego współlokatora. Po drodze ostrzeliwuje nas artyleria i karabiny maszynowe – a przynajmniej można ulec takiemu wrażeniu gdy na każdej ulicy ktoś odpala petardy. Knajpka okazuje się jednak marna – ceny są zabójcze, a w środku nie ma nikogo poza Francuzami. Szybko zmywamy się więc do klubu, podobno najlepszego w mieście.

M2 – bo tak imprezownia się nazywa – znajduje się na najwyższym piętrze centrum handlowego, co nie wróży zbyt dobrze, jednak po wejściu okazuje się, że nie ma lepszego miejsca na noworoczną imprezę. Drinki po 4zł, dobra muzyka (może trochę za dużo LadyG) i gorące dziewczyny;). Nikt nie zauważa kiedy minęła północ. Nie ma to jednak znaczenia, bo fajerwerki i petardy odpalane są nie tylko o północy, ale przez 24 godziny na dobę do wyczerpania zapasów. Tegoroczny festiwal wiosenny jak nazywają okres nowowroczny chińczycy rozpoczyna się w Szanghaju od opadów śniegu. Zdarza się to tutaj bardzo rzadko, dlatego o czwartej, gdy opuszczamy klub nikt nie kryje podekscytowania. Po drodze zachaczamy o McFrytki i McKanapkę, poznajemy brazylijską supermodelkę i idziemy odsypiać.

Scenariusz dnia kolejnego napisany jest na bazie poprzedniego, z tą jednak różnicą, że omijamy z daleka francuską knajpę. W M2 trochę mniej ludzi, a muzyka trochę bardziej ukierunkowana – definitywnie było epicko. W klubie spotykamy supermodelkę z dnia poprzedniego, piękną rosjankę i kilku innych ciekawych ludzi.

We wtorek metro, malev, bombardier i ląduję w Shenzhen. W punkcie informacyjnym bardzo miły pan mówi po angielsku tylko “yes”, “no”, “taxi” i “how can I help you”. Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak złapać taksówkę. Jak postanawiam tak czynię. Pierwszy taksówkarz po pokazaniu mu mapy na której zaznaczony jest mój hotel zaczyna mówić coś do mnie po swojemu wskazując inną taksówkę. Znajduję więc inną i sytuacja się powtarza. W końcu udaje mi się dobić targu z dwójką oszustów, którzy prowadzą mnie do zaprzyjaźnionego kierowcy. Pakuje plecak na tył, wsiadam do przodu i jedziemy.

Miły kierowca jednak ma nietęgą minę, z czego wnioskuję, że coś jest nie tak, coś tu nie gra. Po chwili wyjmuje telefon kierunkowy, jedną ręką prowadzi a drugą stara się wyszukać numer w książce adresowej. Po cichu mówi coś do siebie, co biorę za przekleństwa. W końcu udaje się – zaczyna rozmawiać – znów przeklina i rozłącza się. Ktoś oddzwania, a kierowca podaje mi telefon. Miła dziewczyna z drugiej strony pyta się mnie łamaną angielszczyzną “where you want go”. Próbuje jej wytłumaczyć, że mam tylko tą jedną mapę i że tam jest skrzyżowanie dwóch ulic i że tam chce być zawieziony, ale że nie wiem gdzie to jest bo ja tych znaczków chińskich nie rozumiem. Na to ona spokojnie odpowiada, że nie rozumie i żebym mówił powoli. Powtarzam więc swoją kwestię po raz kolejny – po drugiej stronie zapada cisza. Po chwili dziewczę mówi, żebym poczekał i się rozłącza.

Postanawiam więc działać na własną rękę, biorę telefon taksówkarza, wykręcam numer do Yuan z Chongqing i tłumaczę jej w czym problem. Przekazuje telefon taksówkarzowi, po chwili ten przekazuje mi telefon z powrotem. Okazuje się, że mapa jest mało precyzyjna i przyadałby się adres. Ten niestety jest na moim mailu, więc po raz kolejny przekazuję telefon kierowcy z prośbą o zawiezienie mnie do kafejki internetowej. W poszukiwaniu zaginionego adresu skręcamy w osiedle, lub slumsy – jak kto woli. Kierowca zaczyna wypytywać przechodniów. Docieramy na jakiś bazar, parkujemy w poprzek jedynego przejścia i na piechotę dochodzimy do kawiarenki. Kawiarenka to jednak byłoby niedopowiedzenie – bo nie można tak nazwać miejsca, w którym znajduje się ponad 100 komputerów. Przed nimi chińskie dzieci przyczepione do słuchawek i myszek nawalają w Counter Strike’a lub rozwijają się społecznie porozumiewając się za pomocą QQ.

Żeby skorzystać z dobrodziejstw tego miejsca trzeba mieć kartę członkowską i dobrze jest też mówić po Chińsku. Jako, że tej drugiej cechy nie posiadam i nie wiem o co się rozchodzi, członkiem tego cybergangu zostaje wspomniany nieco wyżej pan kierowca. Zapłaciwszy za tę przyjemność 10zł, mogę uruchomić przeglądarkę i zalogować się do gmaila. Poza adresem który jest oczywiście tylko w pinyin (transkrypcji chińskich znaczków na angielski) uzyskuję coś o wiele cenniejszego – numer telefonu do hotelu. Wracamy do samochodu i po 5 minutach docieramy pod hotel, żegnam się, płacę i zostawiam napiwek za pomoc i fatygę.

Myśląc, że to koniec moich przygód na dzień dzisiejszy z radością otwieram drzwi hotelu, podchodzę do recepcji, mówię “Ni hao”, grzecznie się przedstawiam i oświadczam, że chciałbym się zameldować. Zamiast odpowiedzi słyszę: “no inglisz, no inglisz”. Wyciągam więc paszport, bardzo miłe i uśmiechnięte recepcjonistki usiłują ustalić kim ja jestem i po co przybywam. Nie znajdują mnie jednak w spisie rezerwacji. Podnoszą więc słuchawkę i dzwonią. Po chwili pojawia się kierownik tej imprezy, jednak on też nie mówi po angielsku. Pokazuję więc na migi, że ja to z Polski jestem i że bookowałem za pomocą HostelBookers i że mam mieć pokój za 88 juanów. Chyba jestem dobry w kalambury, bo pan mi daje klucz do pokoju i wystukuje 176 na kalkulatorze. Płacę i wyjeżdżam windą na piąte piętro. Jedna z dziewczyn instruuje mnie jak należy używać włączników światła i jak podłączyć się do internetu. Co też niezwłocznie po jej wyjściu czynię (podłączam się do internetu w gwoli ścisłości), żeby dowiedzieć się gdzie ja tak naprawdę jestem.

Zadanie okazuje się trudne, zbiegam więc na dół, w sklepie nieopodal zakupuję niezbędne węglowodany i powracam na recepcję. Kalamburów część druga, tym razem potrzebuję mapy i instrukcji obsługi ogrzewania, bo w pokoju zimno jak w psiarni. Ogrzewania nie ma jak wnioskuję z zasmuconej wypowiedzi recepcjonistki. Natomiast jeśli chodzi o mapę, niezbędny jest kierownik. Sukces okazuje się podwójny, wracam do pokoju z mapą, co więcej na mapie zaznaczony jest hotel (mniej/więcej), a ponadto przed drzwiami czeka na mnie uśmiechnięta dziewczyna z dodatkową kołdrą – będzie ciepło. Niestety zostaje tylko kołdra, dziewczyna wychodzi.

Po godzinie studiowania google maps i uzyskanej od kierownika mapy określam swe położenie co do milimetra. Co więcej – wiem gdzie jest najbliższy dworzec autobusowy, jakie autobusy z niego odjeżdżają i jak dostać się do celu mojej podróży w Shenzhen. Dumny z siebie i swojej zaradności zjeżdżam windą, żeby zjeść coś w przyhotelowej restauracji. Tu miłe zaskoczenie, menu jest obrazkowe, jest więc szansa, że zjem coś dobrego. Decyduje się na zieloną papkę z czymś co wygląda na kurczaka, a do tego miskę ryżu. Zielona papka okazuje się być papryką ze szczypiorkiem, natomiast to co wziąłem za kurczaka okazuje się być kurczakiem. Nie do końca jednak takim jakim się spodziewałem, bo poszatkowanym z kościami i kurzymi stopami. Głodnym, więc spożywam i nawet mi smakuje, gdyby tylko nie te cholerne połamane kości.

Wracam do pokoju włączam film i zasypiam.

Budzę się następnego dnia, zapisuję w notesie wszystkie znaczki nezbędne żeby dotrzeć do Dafen i z powrotem. Z pomocą google translate zapisuje również pytanie do pań recepcjonistek – nie związane z ogrzewniem i rozgrzewaniem – “Adres hotelu?” (na wszelki wypadek). Docieram na dworzec, wsiadam do odpowiedniego autobusu, pokazuje panu kierowcy równo naskrobane znaczki z nazwą przystanku, płacę i jadę. Przedzieramy się przez wyboje i bezdroża, przejeżdżamy przez cztero i pięciopasmowe autostrady, przeciskamy się przez wąskie alejki i po dwóch godzinach docieramy do Dafen Oil Painting Village.

Dafen to wioska, a w zasadzie dzielnica Shenzhen, którą zamieszkuje kilka tysięcy malarzy, którzy od rana do nocy malują i sprzedają reprodukcje dzieł znanych artystów: VanGoghów, Monetów, Picassów etc. Konkurencja jest spora, ceny więc bardzo atrakcyjne. Rozmiar tego projektu robi wrażenie. Niektórzy malarze namalują co tylko chcesz, wystarczy, że dostarczysz zdjęcie, a następnego dnia obraz będzie czekać namalowany farbami olejnymi na płótnie. Inni wybrali specjalizacje w konkretnej dziedzinie takiej jak konie czy kwiaty lotosu (sic!). Zbieram wizytówki, podziwiam niektóre naprawde dobre obrazy, a na koniec z Annie z couchsurfingu zjadam tanią i smaczną kolację. Żegnam się, wsiadam w autobus, kolejne 2h podróży, momentami ścisk większy niż w nocnym na Ruczaj. Docieram do hotelu, robię szybki reasearch jak dotrzeć do Hong Kongu i po raz kolejny zasypiam pod dwiema kołdrami.

c.d.n.

Du ju łont e łocz ser, e roleks?

February 22nd, 2010 by

Autobus, metro, schody ruchome, kierunkowskaz “To Hong Kong”, odprawa, pociąg – docieram do East Tsim Shui. Poszukiwanie najpopularniejszej noclegowni w Hong Kongu – Chongking Mansions zajmuje mi kilka minut. Docieram do hostelu w bloku D – siódme piętro. Paris guesthouse jednak cały zajęty, przenoszą mnie więc na piętro 14. Komórka 2x1m, telewizor, klimatyzator i prysznic z klozetem. Okien brak, klimatyzator może więc być przydatny, jest jednak tak obleśny, że strach go włączać. Po podłodze spacerują robaczki, za drzwiami słychać boliłudzki film, a na parterze można dostać curry. Istne indie.

Najtańszymi środkami tansportu w HK są tramwaje i promy. Uciekając przed zaduchem, bolywoodem i robakami łapię ten drugi i docieram na Hong Kong Island. Deszcz mieszkańcom wyspy jest nie straszny, gdyż w większość miejsc można dotrzeć za pomocą zadaszonych ścieżek. Mało tego, że nie zmokną, to na dodatek się nie zmęczą, gdyż podejścia pod górę obsługiwane są przez ruchome schody.

Wygodniejszego miasta nie ma przypuszczam nigdzie na świecie. Chcesz wyskoczyć na drinka? Wskakujesz w metro, potem kilka minut ruchomymi schodami i docierasz do Soho. Tutaj do wyobru do koloru – każdy rodzaj kuchni. Małe klimatyczne knajpki w stylu francuskim, angielskie puby, tapas bary – czego dusza zapragnie. Nie musisz nawet mieć ze sobą pieniędzy, bo za wszystko zapłacisz kartą miejską. Gdyby tylko ceny były takie jak w Chinach…

HK przypomina trochę Szanghai, tylko większa jest różnorodność kulturowa. Jeśli jesteś biały to na każdym kroku ktoś będzie chciał Ci sprzedać zegarek, garnitur, czy masaż. Możesz też liczyć na pomoc w znalezieniu kobiety na wieczór. Google też Ci pomoże – na drugim miejscu po wyszukaniu “hong kong nightlife” znajdziesz informację jak zamówić dyskretną dziewczynę w stylu europejskim lub azjatyckim. Kilka dni w okolicach East Tsim Shui i zaczynasz mieć dość ciągłego “łelkom ser, łont e łocz?” i innych pytań z akcentem indyjskim lub pakistańskim.

Na szczęście 30 min promem wystarczy, żeby zostawić za sobą zgiełk miasta i znaleźć się na łonie natury. Można tu spędzić cały dzień chodząc po mniejszych i większych pagórkach. Można też poleżeć na plaży lub pojeździć rowerem na jednej z wielu wysp należących do terytorium HK.