Od ostatniego wpisu minął prawie tydzień. Nie popadłem jednak w marazm i zrezygnowanie, nie jest to wina tego, że mi się nie chciało…
Po trzech dniach ponurej i zimnej aury człowiek musi odreagować. W odpowiedzi na tego typu potrzeby Szanghaj proponuje niezliczoną ilość barów, pubów i klubów – do wyboru do koloru. Hostel też jest miejscem niczego sobie, lobby duże, a co najważniejsze ekipa daje radę. Jest na tyle dobra, że rezygnuję z wyjazdu do Hongzhou i postanawiam spędzić nowy rok tutaj.
Noworoczny (sylwestrowy) wieczór rozpoczynamy od kolacji w stylu amerykańskim – wielkie steki, frytki i piwo (lub jak kto woli cola). Przenosimy się do francuskiej knajpy za namową mojego francuskiego współlokatora. Po drodze ostrzeliwuje nas artyleria i karabiny maszynowe – a przynajmniej można ulec takiemu wrażeniu gdy na każdej ulicy ktoś odpala petardy. Knajpka okazuje się jednak marna – ceny są zabójcze, a w środku nie ma nikogo poza Francuzami. Szybko zmywamy się więc do klubu, podobno najlepszego w mieście.
M2 – bo tak imprezownia się nazywa – znajduje się na najwyższym piętrze centrum handlowego, co nie wróży zbyt dobrze, jednak po wejściu okazuje się, że nie ma lepszego miejsca na noworoczną imprezę. Drinki po 4zł, dobra muzyka (może trochę za dużo LadyG) i gorące dziewczyny;). Nikt nie zauważa kiedy minęła północ. Nie ma to jednak znaczenia, bo fajerwerki i petardy odpalane są nie tylko o północy, ale przez 24 godziny na dobę do wyczerpania zapasów. Tegoroczny festiwal wiosenny jak nazywają okres nowowroczny chińczycy rozpoczyna się w Szanghaju od opadów śniegu. Zdarza się to tutaj bardzo rzadko, dlatego o czwartej, gdy opuszczamy klub nikt nie kryje podekscytowania. Po drodze zachaczamy o McFrytki i McKanapkę, poznajemy brazylijską supermodelkę i idziemy odsypiać.
Scenariusz dnia kolejnego napisany jest na bazie poprzedniego, z tą jednak różnicą, że omijamy z daleka francuską knajpę. W M2 trochę mniej ludzi, a muzyka trochę bardziej ukierunkowana – definitywnie było epicko. W klubie spotykamy supermodelkę z dnia poprzedniego, piękną rosjankę i kilku innych ciekawych ludzi.
We wtorek metro, malev, bombardier i ląduję w Shenzhen. W punkcie informacyjnym bardzo miły pan mówi po angielsku tylko “yes”, “no”, “taxi” i “how can I help you”. Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak złapać taksówkę. Jak postanawiam tak czynię. Pierwszy taksówkarz po pokazaniu mu mapy na której zaznaczony jest mój hotel zaczyna mówić coś do mnie po swojemu wskazując inną taksówkę. Znajduję więc inną i sytuacja się powtarza. W końcu udaje mi się dobić targu z dwójką oszustów, którzy prowadzą mnie do zaprzyjaźnionego kierowcy. Pakuje plecak na tył, wsiadam do przodu i jedziemy.
Miły kierowca jednak ma nietęgą minę, z czego wnioskuję, że coś jest nie tak, coś tu nie gra. Po chwili wyjmuje telefon kierunkowy, jedną ręką prowadzi a drugą stara się wyszukać numer w książce adresowej. Po cichu mówi coś do siebie, co biorę za przekleństwa. W końcu udaje się – zaczyna rozmawiać – znów przeklina i rozłącza się. Ktoś oddzwania, a kierowca podaje mi telefon. Miła dziewczyna z drugiej strony pyta się mnie łamaną angielszczyzną “where you want go”. Próbuje jej wytłumaczyć, że mam tylko tą jedną mapę i że tam jest skrzyżowanie dwóch ulic i że tam chce być zawieziony, ale że nie wiem gdzie to jest bo ja tych znaczków chińskich nie rozumiem. Na to ona spokojnie odpowiada, że nie rozumie i żebym mówił powoli. Powtarzam więc swoją kwestię po raz kolejny – po drugiej stronie zapada cisza. Po chwili dziewczę mówi, żebym poczekał i się rozłącza.
Postanawiam więc działać na własną rękę, biorę telefon taksówkarza, wykręcam numer do Yuan z Chongqing i tłumaczę jej w czym problem. Przekazuje telefon taksówkarzowi, po chwili ten przekazuje mi telefon z powrotem. Okazuje się, że mapa jest mało precyzyjna i przyadałby się adres. Ten niestety jest na moim mailu, więc po raz kolejny przekazuję telefon kierowcy z prośbą o zawiezienie mnie do kafejki internetowej. W poszukiwaniu zaginionego adresu skręcamy w osiedle, lub slumsy – jak kto woli. Kierowca zaczyna wypytywać przechodniów. Docieramy na jakiś bazar, parkujemy w poprzek jedynego przejścia i na piechotę dochodzimy do kawiarenki. Kawiarenka to jednak byłoby niedopowiedzenie – bo nie można tak nazwać miejsca, w którym znajduje się ponad 100 komputerów. Przed nimi chińskie dzieci przyczepione do słuchawek i myszek nawalają w Counter Strike’a lub rozwijają się społecznie porozumiewając się za pomocą QQ.
Żeby skorzystać z dobrodziejstw tego miejsca trzeba mieć kartę członkowską i dobrze jest też mówić po Chińsku. Jako, że tej drugiej cechy nie posiadam i nie wiem o co się rozchodzi, członkiem tego cybergangu zostaje wspomniany nieco wyżej pan kierowca. Zapłaciwszy za tę przyjemność 10zł, mogę uruchomić przeglądarkę i zalogować się do gmaila. Poza adresem który jest oczywiście tylko w pinyin (transkrypcji chińskich znaczków na angielski) uzyskuję coś o wiele cenniejszego – numer telefonu do hotelu. Wracamy do samochodu i po 5 minutach docieramy pod hotel, żegnam się, płacę i zostawiam napiwek za pomoc i fatygę.
Myśląc, że to koniec moich przygód na dzień dzisiejszy z radością otwieram drzwi hotelu, podchodzę do recepcji, mówię “Ni hao”, grzecznie się przedstawiam i oświadczam, że chciałbym się zameldować. Zamiast odpowiedzi słyszę: “no inglisz, no inglisz”. Wyciągam więc paszport, bardzo miłe i uśmiechnięte recepcjonistki usiłują ustalić kim ja jestem i po co przybywam. Nie znajdują mnie jednak w spisie rezerwacji. Podnoszą więc słuchawkę i dzwonią. Po chwili pojawia się kierownik tej imprezy, jednak on też nie mówi po angielsku. Pokazuję więc na migi, że ja to z Polski jestem i że bookowałem za pomocą HostelBookers i że mam mieć pokój za 88 juanów. Chyba jestem dobry w kalambury, bo pan mi daje klucz do pokoju i wystukuje 176 na kalkulatorze. Płacę i wyjeżdżam windą na piąte piętro. Jedna z dziewczyn instruuje mnie jak należy używać włączników światła i jak podłączyć się do internetu. Co też niezwłocznie po jej wyjściu czynię (podłączam się do internetu w gwoli ścisłości), żeby dowiedzieć się gdzie ja tak naprawdę jestem.
Zadanie okazuje się trudne, zbiegam więc na dół, w sklepie nieopodal zakupuję niezbędne węglowodany i powracam na recepcję. Kalamburów część druga, tym razem potrzebuję mapy i instrukcji obsługi ogrzewania, bo w pokoju zimno jak w psiarni. Ogrzewania nie ma jak wnioskuję z zasmuconej wypowiedzi recepcjonistki. Natomiast jeśli chodzi o mapę, niezbędny jest kierownik. Sukces okazuje się podwójny, wracam do pokoju z mapą, co więcej na mapie zaznaczony jest hotel (mniej/więcej), a ponadto przed drzwiami czeka na mnie uśmiechnięta dziewczyna z dodatkową kołdrą – będzie ciepło. Niestety zostaje tylko kołdra, dziewczyna wychodzi.
Po godzinie studiowania google maps i uzyskanej od kierownika mapy określam swe położenie co do milimetra. Co więcej – wiem gdzie jest najbliższy dworzec autobusowy, jakie autobusy z niego odjeżdżają i jak dostać się do celu mojej podróży w Shenzhen. Dumny z siebie i swojej zaradności zjeżdżam windą, żeby zjeść coś w przyhotelowej restauracji. Tu miłe zaskoczenie, menu jest obrazkowe, jest więc szansa, że zjem coś dobrego. Decyduje się na zieloną papkę z czymś co wygląda na kurczaka, a do tego miskę ryżu. Zielona papka okazuje się być papryką ze szczypiorkiem, natomiast to co wziąłem za kurczaka okazuje się być kurczakiem. Nie do końca jednak takim jakim się spodziewałem, bo poszatkowanym z kościami i kurzymi stopami. Głodnym, więc spożywam i nawet mi smakuje, gdyby tylko nie te cholerne połamane kości.
Wracam do pokoju włączam film i zasypiam.
Budzę się następnego dnia, zapisuję w notesie wszystkie znaczki nezbędne żeby dotrzeć do Dafen i z powrotem. Z pomocą google translate zapisuje również pytanie do pań recepcjonistek – nie związane z ogrzewniem i rozgrzewaniem – “Adres hotelu?” (na wszelki wypadek). Docieram na dworzec, wsiadam do odpowiedniego autobusu, pokazuje panu kierowcy równo naskrobane znaczki z nazwą przystanku, płacę i jadę. Przedzieramy się przez wyboje i bezdroża, przejeżdżamy przez cztero i pięciopasmowe autostrady, przeciskamy się przez wąskie alejki i po dwóch godzinach docieramy do Dafen Oil Painting Village.
Dafen to wioska, a w zasadzie dzielnica Shenzhen, którą zamieszkuje kilka tysięcy malarzy, którzy od rana do nocy malują i sprzedają reprodukcje dzieł znanych artystów: VanGoghów, Monetów, Picassów etc. Konkurencja jest spora, ceny więc bardzo atrakcyjne. Rozmiar tego projektu robi wrażenie. Niektórzy malarze namalują co tylko chcesz, wystarczy, że dostarczysz zdjęcie, a następnego dnia obraz będzie czekać namalowany farbami olejnymi na płótnie. Inni wybrali specjalizacje w konkretnej dziedzinie takiej jak konie czy kwiaty lotosu (sic!). Zbieram wizytówki, podziwiam niektóre naprawde dobre obrazy, a na koniec z Annie z couchsurfingu zjadam tanią i smaczną kolację. Żegnam się, wsiadam w autobus, kolejne 2h podróży, momentami ścisk większy niż w nocnym na Ruczaj. Docieram do hotelu, robię szybki reasearch jak dotrzeć do Hong Kongu i po raz kolejny zasypiam pod dwiema kołdrami.
c.d.n.












