Wyjazdowo…

January 23rd, 2010 by

Wszystko spakowane: łyżwy dla Agatki, blacha po brownie, ogórki i pierożki dla Staszki, plecak mały, plecak duży, torba. Lodówka rozmrożona, woda w kiblu zakręcona, likiery stoją na półce, mieszkanie zamknięte, sąsiadki zwarte i gotowe do zbierania ulotek z wycieraczki.

Pierwsze 100m pokonane pieszo, kilka zdjęć na rozgrzewkę. Kolejne 3km samochodem, radio nie działa. Wysiadł bezpiecznik, dlatego zamiast słuchnia Lady Gagi pozostaje myślenie, które nie idzie jednak w parze ze skupieniem. Hamowanie. Refleks po nieprzespanej nocy jednak nie taki jak trzeba. Efekt – wgnieciony zderzak, błotnik i zbity lewy reflektor.

Dalsza podróż bez przeszkód, łyżwy, pierożki i ogórki dostarczone. W domu: sernik mamy i orzeszki.

Parafrazując pewnego znanego człowieka: Podróż musi zacząć się od pierdolnięcia, coby epicko było.

… rozgrzewka

January 24th, 2010 by

Dojechał i żyje..

January 26th, 2010 by

Daję znać, że dojechałem i żyję i nawet za chwilę idę spać. Jutro postaram się opisać podróż + pierwszy dzień. Do usłyszenia…. :)

Pekin – Dzień pierwszy

January 27th, 2010 by

Pekin wita niesamowitym terminalem, wielki, przestronny. Detektory sprawdzają temperaturę ciała wszystkich przyjezdnych, Ci z podwyższoną lądują w izolatce. Odprawa, pociągiem po odbiór bagażu. Wymiana kasy na lotnisku zupełnie nie opłacalna. Dlatego lepiej wymienić minimalną kwotę…

Wsiadam do shuttle busa, ma mnie zawieźć niedaleko mojego domniemanego noclegu. Niestety Sunny jest już w pracy, każe mi wysiąść na odpowiednim przystanku, wejść do hotelu i zadzwonić jeszcze raz. Hotel kiczowaty, wygląda jak typowa chińska restauracja, złocenia połączone z czarną farbą, w holu fotele w stylu holenderskim masywne, drewniane. Z całej (pokaźnej) ekipy hotelowej tylko jeden recepcjonista mówi po angielsku, ale i tak przez chwilę nie potrafi zrozumieć, że chcę z jego telefonu zadzwonić do koleżanki, która nie mieszka w hotelu. Sunny przysyła po mnie kolegę, który mówi tylko po chińsku, ma 40 lat. Wsiadamy do samochodu, od wejścia poznaję zapach małego fiata, wszystko zrobione z tego samego tandetnego plastiku, trzęsie się i skrzypi. Docieramy do osiedla, przy bramie strażnik, salutuje na powitanie. Zostawiamy mój plecak, wsiadamy z powrotem do konserwy i jedziemy do najbliższej stacji metra.

Na każdej stacji metra bagaże są prześwietlane, bilety kupuje się w automacie. Jest to ostatnia stacja tej linii metra, jedzie się więc nad ziemią. Młodzi Chińczycy – dobrze ubrani (nawet jak na standardy europejskie), markowe ciuchy, buty, najnowsze modele telefonów, gadżety. Przy wsiadaniu, walka o miejsca siedzące – kto pierwszy ten lepszy, nie ma zwyczaju ustępowania miejsca starszym. Kolejka rusza, przez okno widać dziesiątki budujących się wieżowców, drugie tyle już stoi. Jedne stylizowane na amerykańskie budynki z lat trzydziestych, inne nowoczesne, jeszcze inne kiczowate, wszystkie łączy jedno – są ogromne.

Docieram do centru kieruję się na plac Tiananmen, po drodze zaczepia mnie kilka osób, wszystkie dobrze mówią po angielsku i koniecznie chcą mnie zabrać na wystawę obrazów. Twierdzą, że są studentami malarstawa, ogranizatorami wystawy lub przyjaciółmi artystów. Udaję, że się spieszę, bo wszystkie tego typu wystawy to tak naprawdę sklepy z tradycyjnie wyglądającymi obrazkami.

Docieram do bramy zakazanego miasta, na ścianie – Mao, z którym każdy chce mieć zdjęcie. Przechodzę przejściem podziemnym na drugą stronę ulicy, podobnie jak w metrze kontrola bagażu plus wykrywacz metalu. Po drodze spotykam Mongolczyka, który mówi mi co jest na placu. Rozmawiamy o Mongilii i Polsce, o tym co robimy w życiu. Kiedy pytam go o demokrację, spotykam się z niezrozumieniem, wogóle nie zna tego słowa. Przyjechał do Pekinu jako pracownik firmy handlującej winem. Idziemy na “stare miasto” z myślą żeby usiąść i napić się czegoś. W momencie kiedy ja zauważam sklepik spożywczy, on mówi, że tu jest miejsce w którym napijemy się herbaty ciągnąc mnie w przeciwnym kierunku. Wchodzimy do czajowni – widać, że sprzedawczynie go tam znają. Otwiera mi drzwi do pomieszczenia, w którym wszystko przygotowane, tak jakby czekało właśnie na nas. W głowie włącza mi się czerwona lampka, wychodzę twierdząc, że nie mam ochoty na herbatę i że chcę sok ze spożywczego. Usilnie stara się mnie przekonać na herbatę, jednak nie daję za wygraną. Mój “przyjaciel” nagle stwierdza, że musi się spotkać z kolegą z pracy. Rozstajemy się, mój portfel nie stał się lżejszy (taki scam może się skończyć rachunkiem w wysokości 300 funtów).

Wsiadam do metra, stoję, do celu 45, a ja zasypiam na stojąco. Słońce zachodzi nad budującym się Pekinem. Docieram na miejsce, gdzie muszę prawie godzinę czekać na moją cołczserferkę. Docieramy do mieszkania, chwilę rozmawiamy, jemy kolację, padam na łóżko, zasypiam.

c.d.n

Shatan, shatan …

January 27th, 2010 by

Na zakończenie Shatan w Pekinie…

… i kolacja (mało smaczna niestety), jutro szarańcza :)

a na deser shatan po polsku (Kury):

Pekin c.d.

January 28th, 2010 by

Status życia Chińczyków, przynajmniej tych, u których mieszkałem jest wysoki. Gustu nie mają za grosz, mieszkania pełne różnych dziwnych przedmiotów, bibelotów, wisiorków, naklejek. Dwa samochody – stare Volvo i nowiutkie Mondeo, obok zaprakowane najnowsze modele niemieckich i japońskich marek. Nie brak oczywiście samochodów sprzed 20 lat, ale giną w tłumie.

Wsiadam do autobusu, biletomaty jak w Krakowie, samoobsługowe, jedyna różnica polega na tym, że pieniądze wrzuca się do słoika, a bilet odrywa z bloczku przymocowanego obok, no i przejazd kosztuje 40gr. Potem metro, wysiadam na stacji Dongsi, dziesięć minut piechotą do Hostelu. Na miejscu okazuje się, że pomimo rezerwacji nie ma pewności, czy dostanę pokój. To nic, że dzwoniłem dzień wcześniej i potwierdzałem przyjazd. Mam jednak szczęście, kilka osób się wyprowadza, więc wskakuję na ich miejsce.

Razem z Aną (z Rumunii) idziemy do zakazanego miasta – szlagier, rezydencje cesarzy, tłumy napierają, spacer nie warty wydanych pieniędzy. Dowiaduję się, że cesarz poza cesarzową miał kilka konkubin, a każda z nich miała nadaną rangę. W zależności od rangi przydzielano im różne porcje jedzenia, mogły korzystać z różnych naczyń i dostawały inne wynagrodzenie. Zaraz za wyjściem z zakazanego miasta można wspiąć się na szczyt, z którego rozciąga się widok na cały Pekin. Wygląda to imponująco, nie ma tłumów, można usiąść i podziwiać w ciszy.

Powrót do hostelu przez Hutongi, niska zabudowa, wąskie uliczki, przyjemny spacer. Idę na pamięć, gubię się i nadrabiam półtora kilometra:) Pod wieczór wiatr się wzmaga, robi się chłodniej. Trzeba założyć rękawiczki i czpkę. Na zakończenie dnia postanawiam zaszaleć, kupuję robaki na patyku smażone na głębokim tłuszczu. Skórka twarda, w środku są miękkie – lekko płynne, nie zostały moim przysmakiem.

W hostelu poznaję fajnego Hiszpana, a w zasadzie Baska. W Chinach od dwóch miesięcy, obyty z chinszczyzną daje mi kilka rad.

Rano wstaję, wybywam na miasto, gdzie spotykam się z Ruimin. Studiuje informatykę, chociaż wcale tego nie czuje, a kierunek wybrała tylko dlatego, że miała dostać po nim pracę. Rozmawiamy o Chinach i Polsce, gdy pytam o Mao, mówi, że go lubi, że wyprowadził kraj na lepszą drogę i że to były trudne czasy. Po chwili dodaje, że popełnił kilka błędów. Zasada 70 dobrego i 30 złego jest nadal aktualna, a propaganda działa wyśmienicie. Dla Ruimin blokowanie youtube i facebooka jest świadectwem troski rządu o to by młodzież nie stykała się z grzechami zachodu.

Rowerem jedziemy na kampus uniwersytetu. Przy każdej większej ulicy są dwie szerokie na 3 metry ścieżki rowerowe. Jedzie się przyjemnie, jest płasko, więc nawet z małą Chinką na bagażniku nie dostaję zadyszki. Docieramy na miejsce, kampus miał być mały, a jest wielkości miasteczka studenckiego agh. Moja koleżanka nie potrafi zrozumieć jak to jest możliwe, że w Polsce akademiki są koedukacyjne, bo tutaj chłopcy nie mogą nawet wchodzić do akademików dziewczyn. Na środku kampusu stoi Grandpa Mao, i macha do poddanych, a w tle powiewa chińska flaga.

Zostawiamy rower, wsiadamy do autobusu i jedziemy zobaczyć stadiony olimpijskie. Tym razem system kupowania biletów jest nieco inny, w autobusie poza kierowcą jest sprzedawczyni, która poza tym, że zajmuje się marketingiem, jeśli zaistnieje taka potrzeba wychyla się przez okno jako żywy sygnalizator zmiany pasa. Autobus zostawia nas przy wielkiej łące, stadionu nie widać, idziemy. Mroźne powietrze znad mongolii, słońce za chwilę będzie zachodzić. Obiekty nie robią takiego wrażenia na żywo jak podczas transmisji olimpiady i reportaży z budowy. Mimo to tłumy ludzi chcą zobaczyć te cuda inżynierii ekstremalnej. Żegnam się z Ruimin, zaprasza mnie na festiwal wiosenny do swojego miasta, ale kto to wie gdzie będę za 2 tygodnie.

Chińczy są tacy jak ich piszą, plują wszędzie, mężczyźni czy kobiety – bez znaczenia. Dotyczy to jednak tylko starszych, istnieje więc szansa, że zwyczaj ten zaniknie. Przed przyjazdem spodziewałem się, że przeżyję szok kulturowy. Jednak pekin to miasto zbyt duże, żeby poczuć ilość ludzi tu mieszkających. Wszędzie za to są rowery i motorowery, przydrożne punkty pompowania kół przy hutongach, parkingi rowerowe. Kierowcy samochodów jeżdżą po ścieżkach rowerowych i mają gdzieś, to, że przechodzisz/przejeżdżasz na zielonym. Dlatego przy większych skrzyżowaniach stoją zawiadowcy z gwizdkami i chorągiewkami.

Zdjęcia robi się ciężko, od rana ostre światło i bezchmurne niebo, dające głębokie cienie. Jest trudno, dlatego jadę na północ, lub na północny wschód, do krainy wiecznej mgły – postanowione:)

AK47

January 29th, 2010 by

Chiny zaskakują na każdym kroku. Razem z Mikelem (z kraju Basków) idziemy na zakupy do polecanego na forach sklepu. Z zewnątrz budynek typowo komunistyczny, obwieszony reklamami. Wchodzimy, w środku boksy jak na targach, jedne większe inne mniejsze. Łącznie około dwustu stoisk ze sprzętem fotograficznym. Nie ma apartau, obiektywu, filmu, statywu czy innej pierdoły fotograficznej, której się tam nie znajdzie. Począwszy od takich rarytasów jak panoramiczne XPANy, przez aparaty wielkoformatowe, na wycofanych ze sprzedaży filmach Agfy skończywszy. Można wszystkiego dotknąć i przetestować. Możnaby to miejsce nazwać rajem, gdyby nie fakt, że ceny są kosmiczne, dużo wyższe niż europejskie, którego chińczyka na to stać – nie mam pojęcia.

Nie wydawszy centa wracamy do centrum, słońce wysoko, zbaczamy z trasy lądując na zamarzniętej rzece. Zdjęcia nieciekawe, jest zbyt jasno – ani jednej chmury od pięciu dni. Rzeka doprowadza nas do wieży telewizyjnej, jest potężna, styl komunistyczny, ma swój klimat. Dalej park, z głośników leci muza, brzmiąca chińsko, ale mi przypomina to bardziej klimaty kreskówek dobranockowych z początku lat dziewięćdziesiątych. Dopełnieniem tego obrazu są nierdzewne pomniki dzieci trzymających się za ręce.

Podczas zajadania mcKanapki popijanej colą postanawiamy odwiedzić muzeum miltarne znajdujące się naprzeciwko. Wstęp darmowy, trzeba tylko pokazać paszport – może sprawdzają czy przypadkiem nie jesteśmy szpiegami i wrogami systemu. Po wejściu do budynku, który przypomina pałac kultury i nauki wita nas nie kto inny jak Mao w wersji pomnikowej oraz Mao machający w wersji wielkoformatowych fotografi z parad wojskowych. Dalej prezentacja sił: czołgi, samoloty, wozy opancerzone, wyrzutnie rakiet, karabiny, trochę historii zwycięskich bitew. Na tyłach chińskie Madame Tussauds z nieco trwalszego od wosku materiału – brązu, prezentujące sławne (jak przypuszczam) postacie wojska chińskiego. Dzieciaki mogą sobie za drobną opłatą posiedzieć w czołgu, samolocie lub postrzelać w symulatorze. Można też zaopatrzyć się w model AK47 do włanoręcznego montażu – skala 1:2.05 (sic!). Chińczycy z powagą i dumą oglądają te dobra militarne, bo nawet przy podróbie hammera widnieje podpis MADE IN CHINA!

Słońce zachodzi, metrem jedziemy nad jezioro, licząc na to, że spotkamy szalonych staruszków, pływających w przeręblach. Poza nimi są też mężczyźni, którzy stoją na środku jeziora przy swoich rowerach. Do rowerów przywiązane mają ptaszki (bez dwuznaczności). Samo to jest dziwne, bardziej niesamowite jest jednak to co dzieje się dalej. Jeden z ptaków jest odwiązywany i brany do rąk. Następnie do specjalnego “pistoletu” na dmuch wsadzana jest biała kuleczka. Ptak jest wypuszczany w powietrze, a kulka wystrzeliwana, po kilku sekundach ptaszek wraca do rąk właściciela z kulką w dziobie, a w nagrodę dostaje okruszek – coś niesamowitego, zwłaszcza, że dla człowieka kulka w powietrzu jest niewidoczna.

Po powrocie do hostelu odwiedza mnie Sylvia, razem ze swoim sudańskim przyjacielem. Hostel serwuje nam dwie kolorowe papki, które zaczynamy spożywać, ale okazuje się, że to farsz do pierogów, które mamy sobie sami pozlepiać, a następnie skonsumować. Sylvia pochodzi z Mongolii, lecz przez całe życie mieszkała w Singapurze, potem studiowała w Pekinie, a teraz wybiera się do HongKongu na dalszą edukację. Spędziła dwa miesiące w Polsce ucząc angielskiego, a teraz zajmuje się takimi biednymi ludźmi jak ja.
Jedziemy do imprezowej części miasta, większość białych, czuję się jak w Londynie. Nie mogę powiedzieć, że impreza była słaba, bo poza Lady Gagą był i Bonkers :D Wracamy taksówką, hostel zaopatrzył nas w ulotki z adresem, co wcale nie pomaga, bo dwóch pierwszych nie zna adresu. Nie chcą nas jednak oszukać, grzecznie przepraszają i mówią że musimy poszukać innej taksówki. Trzeciego łączymy bezpośrednio z recepcją, dostaje instrukcje jak dojechać, po 10 min i za jedyne 2 euro docieramy pod hostel.
Mógłby to być koniec wieczoru, ale podbiega do nas dwunastolatek, zaczynamy grać w piłkę nożną. Za bramki służą stołki i słupki drogowe. Potem przychodzi pora na badmintona, a wieczór kończy się roztarganymi spodniami Josh’a.