Wyjazdowo…

January 23rd, 2010 by

Wszystko spakowane: łyżwy dla Agatki, blacha po brownie, ogórki i pierożki dla Staszki, plecak mały, plecak duży, torba. Lodówka rozmrożona, woda w kiblu zakręcona, likiery stoją na półce, mieszkanie zamknięte, sąsiadki zwarte i gotowe do zbierania ulotek z wycieraczki.

Pierwsze 100m pokonane pieszo, kilka zdjęć na rozgrzewkę. Kolejne 3km samochodem, radio nie działa. Wysiadł bezpiecznik, dlatego zamiast słuchnia Lady Gagi pozostaje myślenie, które nie idzie jednak w parze ze skupieniem. Hamowanie. Refleks po nieprzespanej nocy jednak nie taki jak trzeba. Efekt – wgnieciony zderzak, błotnik i zbity lewy reflektor.

Dalsza podróż bez przeszkód, łyżwy, pierożki i ogórki dostarczone. W domu: sernik mamy i orzeszki.

Parafrazując pewnego znanego człowieka: Podróż musi zacząć się od pierdolnięcia, coby epicko było.

… rozgrzewka

January 24th, 2010 by

Dojechał i żyje..

January 26th, 2010 by

Daję znać, że dojechałem i żyję i nawet za chwilę idę spać. Jutro postaram się opisać podróż + pierwszy dzień. Do usłyszenia…. :)

Pekin – Dzień pierwszy

January 27th, 2010 by

Pekin wita niesamowitym terminalem, wielki, przestronny. Detektory sprawdzają temperaturę ciała wszystkich przyjezdnych, Ci z podwyższoną lądują w izolatce. Odprawa, pociągiem po odbiór bagażu. Wymiana kasy na lotnisku zupełnie nie opłacalna. Dlatego lepiej wymienić minimalną kwotę…

Wsiadam do shuttle busa, ma mnie zawieźć niedaleko mojego domniemanego noclegu. Niestety Sunny jest już w pracy, każe mi wysiąść na odpowiednim przystanku, wejść do hotelu i zadzwonić jeszcze raz. Hotel kiczowaty, wygląda jak typowa chińska restauracja, złocenia połączone z czarną farbą, w holu fotele w stylu holenderskim masywne, drewniane. Z całej (pokaźnej) ekipy hotelowej tylko jeden recepcjonista mówi po angielsku, ale i tak przez chwilę nie potrafi zrozumieć, że chcę z jego telefonu zadzwonić do koleżanki, która nie mieszka w hotelu. Sunny przysyła po mnie kolegę, który mówi tylko po chińsku, ma 40 lat. Wsiadamy do samochodu, od wejścia poznaję zapach małego fiata, wszystko zrobione z tego samego tandetnego plastiku, trzęsie się i skrzypi. Docieramy do osiedla, przy bramie strażnik, salutuje na powitanie. Zostawiamy mój plecak, wsiadamy z powrotem do konserwy i jedziemy do najbliższej stacji metra.

Na każdej stacji metra bagaże są prześwietlane, bilety kupuje się w automacie. Jest to ostatnia stacja tej linii metra, jedzie się więc nad ziemią. Młodzi Chińczycy – dobrze ubrani (nawet jak na standardy europejskie), markowe ciuchy, buty, najnowsze modele telefonów, gadżety. Przy wsiadaniu, walka o miejsca siedzące – kto pierwszy ten lepszy, nie ma zwyczaju ustępowania miejsca starszym. Kolejka rusza, przez okno widać dziesiątki budujących się wieżowców, drugie tyle już stoi. Jedne stylizowane na amerykańskie budynki z lat trzydziestych, inne nowoczesne, jeszcze inne kiczowate, wszystkie łączy jedno – są ogromne.

Docieram do centru kieruję się na plac Tiananmen, po drodze zaczepia mnie kilka osób, wszystkie dobrze mówią po angielsku i koniecznie chcą mnie zabrać na wystawę obrazów. Twierdzą, że są studentami malarstawa, ogranizatorami wystawy lub przyjaciółmi artystów. Udaję, że się spieszę, bo wszystkie tego typu wystawy to tak naprawdę sklepy z tradycyjnie wyglądającymi obrazkami.

Docieram do bramy zakazanego miasta, na ścianie – Mao, z którym każdy chce mieć zdjęcie. Przechodzę przejściem podziemnym na drugą stronę ulicy, podobnie jak w metrze kontrola bagażu plus wykrywacz metalu. Po drodze spotykam Mongolczyka, który mówi mi co jest na placu. Rozmawiamy o Mongilii i Polsce, o tym co robimy w życiu. Kiedy pytam go o demokrację, spotykam się z niezrozumieniem, wogóle nie zna tego słowa. Przyjechał do Pekinu jako pracownik firmy handlującej winem. Idziemy na “stare miasto” z myślą żeby usiąść i napić się czegoś. W momencie kiedy ja zauważam sklepik spożywczy, on mówi, że tu jest miejsce w którym napijemy się herbaty ciągnąc mnie w przeciwnym kierunku. Wchodzimy do czajowni – widać, że sprzedawczynie go tam znają. Otwiera mi drzwi do pomieszczenia, w którym wszystko przygotowane, tak jakby czekało właśnie na nas. W głowie włącza mi się czerwona lampka, wychodzę twierdząc, że nie mam ochoty na herbatę i że chcę sok ze spożywczego. Usilnie stara się mnie przekonać na herbatę, jednak nie daję za wygraną. Mój “przyjaciel” nagle stwierdza, że musi się spotkać z kolegą z pracy. Rozstajemy się, mój portfel nie stał się lżejszy (taki scam może się skończyć rachunkiem w wysokości 300 funtów).

Wsiadam do metra, stoję, do celu 45, a ja zasypiam na stojąco. Słońce zachodzi nad budującym się Pekinem. Docieram na miejsce, gdzie muszę prawie godzinę czekać na moją cołczserferkę. Docieramy do mieszkania, chwilę rozmawiamy, jemy kolację, padam na łóżko, zasypiam.

c.d.n

Shatan, shatan …

January 27th, 2010 by

Na zakończenie Shatan w Pekinie…

… i kolacja (mało smaczna niestety), jutro szarańcza :)

a na deser shatan po polsku (Kury):

Pekin c.d.

January 28th, 2010 by

Status życia Chińczyków, przynajmniej tych, u których mieszkałem jest wysoki. Gustu nie mają za grosz, mieszkania pełne różnych dziwnych przedmiotów, bibelotów, wisiorków, naklejek. Dwa samochody – stare Volvo i nowiutkie Mondeo, obok zaprakowane najnowsze modele niemieckich i japońskich marek. Nie brak oczywiście samochodów sprzed 20 lat, ale giną w tłumie.

Wsiadam do autobusu, biletomaty jak w Krakowie, samoobsługowe, jedyna różnica polega na tym, że pieniądze wrzuca się do słoika, a bilet odrywa z bloczku przymocowanego obok, no i przejazd kosztuje 40gr. Potem metro, wysiadam na stacji Dongsi, dziesięć minut piechotą do Hostelu. Na miejscu okazuje się, że pomimo rezerwacji nie ma pewności, czy dostanę pokój. To nic, że dzwoniłem dzień wcześniej i potwierdzałem przyjazd. Mam jednak szczęście, kilka osób się wyprowadza, więc wskakuję na ich miejsce.

Razem z Aną (z Rumunii) idziemy do zakazanego miasta – szlagier, rezydencje cesarzy, tłumy napierają, spacer nie warty wydanych pieniędzy. Dowiaduję się, że cesarz poza cesarzową miał kilka konkubin, a każda z nich miała nadaną rangę. W zależności od rangi przydzielano im różne porcje jedzenia, mogły korzystać z różnych naczyń i dostawały inne wynagrodzenie. Zaraz za wyjściem z zakazanego miasta można wspiąć się na szczyt, z którego rozciąga się widok na cały Pekin. Wygląda to imponująco, nie ma tłumów, można usiąść i podziwiać w ciszy.

Powrót do hostelu przez Hutongi, niska zabudowa, wąskie uliczki, przyjemny spacer. Idę na pamięć, gubię się i nadrabiam półtora kilometra:) Pod wieczór wiatr się wzmaga, robi się chłodniej. Trzeba założyć rękawiczki i czpkę. Na zakończenie dnia postanawiam zaszaleć, kupuję robaki na patyku smażone na głębokim tłuszczu. Skórka twarda, w środku są miękkie – lekko płynne, nie zostały moim przysmakiem.

W hostelu poznaję fajnego Hiszpana, a w zasadzie Baska. W Chinach od dwóch miesięcy, obyty z chinszczyzną daje mi kilka rad.

Rano wstaję, wybywam na miasto, gdzie spotykam się z Ruimin. Studiuje informatykę, chociaż wcale tego nie czuje, a kierunek wybrała tylko dlatego, że miała dostać po nim pracę. Rozmawiamy o Chinach i Polsce, gdy pytam o Mao, mówi, że go lubi, że wyprowadził kraj na lepszą drogę i że to były trudne czasy. Po chwili dodaje, że popełnił kilka błędów. Zasada 70 dobrego i 30 złego jest nadal aktualna, a propaganda działa wyśmienicie. Dla Ruimin blokowanie youtube i facebooka jest świadectwem troski rządu o to by młodzież nie stykała się z grzechami zachodu.

Rowerem jedziemy na kampus uniwersytetu. Przy każdej większej ulicy są dwie szerokie na 3 metry ścieżki rowerowe. Jedzie się przyjemnie, jest płasko, więc nawet z małą Chinką na bagażniku nie dostaję zadyszki. Docieramy na miejsce, kampus miał być mały, a jest wielkości miasteczka studenckiego agh. Moja koleżanka nie potrafi zrozumieć jak to jest możliwe, że w Polsce akademiki są koedukacyjne, bo tutaj chłopcy nie mogą nawet wchodzić do akademików dziewczyn. Na środku kampusu stoi Grandpa Mao, i macha do poddanych, a w tle powiewa chińska flaga.

Zostawiamy rower, wsiadamy do autobusu i jedziemy zobaczyć stadiony olimpijskie. Tym razem system kupowania biletów jest nieco inny, w autobusie poza kierowcą jest sprzedawczyni, która poza tym, że zajmuje się marketingiem, jeśli zaistnieje taka potrzeba wychyla się przez okno jako żywy sygnalizator zmiany pasa. Autobus zostawia nas przy wielkiej łące, stadionu nie widać, idziemy. Mroźne powietrze znad mongolii, słońce za chwilę będzie zachodzić. Obiekty nie robią takiego wrażenia na żywo jak podczas transmisji olimpiady i reportaży z budowy. Mimo to tłumy ludzi chcą zobaczyć te cuda inżynierii ekstremalnej. Żegnam się z Ruimin, zaprasza mnie na festiwal wiosenny do swojego miasta, ale kto to wie gdzie będę za 2 tygodnie.

Chińczy są tacy jak ich piszą, plują wszędzie, mężczyźni czy kobiety – bez znaczenia. Dotyczy to jednak tylko starszych, istnieje więc szansa, że zwyczaj ten zaniknie. Przed przyjazdem spodziewałem się, że przeżyję szok kulturowy. Jednak pekin to miasto zbyt duże, żeby poczuć ilość ludzi tu mieszkających. Wszędzie za to są rowery i motorowery, przydrożne punkty pompowania kół przy hutongach, parkingi rowerowe. Kierowcy samochodów jeżdżą po ścieżkach rowerowych i mają gdzieś, to, że przechodzisz/przejeżdżasz na zielonym. Dlatego przy większych skrzyżowaniach stoją zawiadowcy z gwizdkami i chorągiewkami.

Zdjęcia robi się ciężko, od rana ostre światło i bezchmurne niebo, dające głębokie cienie. Jest trudno, dlatego jadę na północ, lub na północny wschód, do krainy wiecznej mgły – postanowione:)

AK47

January 29th, 2010 by

Chiny zaskakują na każdym kroku. Razem z Mikelem (z kraju Basków) idziemy na zakupy do polecanego na forach sklepu. Z zewnątrz budynek typowo komunistyczny, obwieszony reklamami. Wchodzimy, w środku boksy jak na targach, jedne większe inne mniejsze. Łącznie około dwustu stoisk ze sprzętem fotograficznym. Nie ma apartau, obiektywu, filmu, statywu czy innej pierdoły fotograficznej, której się tam nie znajdzie. Począwszy od takich rarytasów jak panoramiczne XPANy, przez aparaty wielkoformatowe, na wycofanych ze sprzedaży filmach Agfy skończywszy. Można wszystkiego dotknąć i przetestować. Możnaby to miejsce nazwać rajem, gdyby nie fakt, że ceny są kosmiczne, dużo wyższe niż europejskie, którego chińczyka na to stać – nie mam pojęcia.

Nie wydawszy centa wracamy do centrum, słońce wysoko, zbaczamy z trasy lądując na zamarzniętej rzece. Zdjęcia nieciekawe, jest zbyt jasno – ani jednej chmury od pięciu dni. Rzeka doprowadza nas do wieży telewizyjnej, jest potężna, styl komunistyczny, ma swój klimat. Dalej park, z głośników leci muza, brzmiąca chińsko, ale mi przypomina to bardziej klimaty kreskówek dobranockowych z początku lat dziewięćdziesiątych. Dopełnieniem tego obrazu są nierdzewne pomniki dzieci trzymających się za ręce.

Podczas zajadania mcKanapki popijanej colą postanawiamy odwiedzić muzeum miltarne znajdujące się naprzeciwko. Wstęp darmowy, trzeba tylko pokazać paszport – może sprawdzają czy przypadkiem nie jesteśmy szpiegami i wrogami systemu. Po wejściu do budynku, który przypomina pałac kultury i nauki wita nas nie kto inny jak Mao w wersji pomnikowej oraz Mao machający w wersji wielkoformatowych fotografi z parad wojskowych. Dalej prezentacja sił: czołgi, samoloty, wozy opancerzone, wyrzutnie rakiet, karabiny, trochę historii zwycięskich bitew. Na tyłach chińskie Madame Tussauds z nieco trwalszego od wosku materiału – brązu, prezentujące sławne (jak przypuszczam) postacie wojska chińskiego. Dzieciaki mogą sobie za drobną opłatą posiedzieć w czołgu, samolocie lub postrzelać w symulatorze. Można też zaopatrzyć się w model AK47 do włanoręcznego montażu – skala 1:2.05 (sic!). Chińczycy z powagą i dumą oglądają te dobra militarne, bo nawet przy podróbie hammera widnieje podpis MADE IN CHINA!

Słońce zachodzi, metrem jedziemy nad jezioro, licząc na to, że spotkamy szalonych staruszków, pływających w przeręblach. Poza nimi są też mężczyźni, którzy stoją na środku jeziora przy swoich rowerach. Do rowerów przywiązane mają ptaszki (bez dwuznaczności). Samo to jest dziwne, bardziej niesamowite jest jednak to co dzieje się dalej. Jeden z ptaków jest odwiązywany i brany do rąk. Następnie do specjalnego “pistoletu” na dmuch wsadzana jest biała kuleczka. Ptak jest wypuszczany w powietrze, a kulka wystrzeliwana, po kilku sekundach ptaszek wraca do rąk właściciela z kulką w dziobie, a w nagrodę dostaje okruszek – coś niesamowitego, zwłaszcza, że dla człowieka kulka w powietrzu jest niewidoczna.

Po powrocie do hostelu odwiedza mnie Sylvia, razem ze swoim sudańskim przyjacielem. Hostel serwuje nam dwie kolorowe papki, które zaczynamy spożywać, ale okazuje się, że to farsz do pierogów, które mamy sobie sami pozlepiać, a następnie skonsumować. Sylvia pochodzi z Mongolii, lecz przez całe życie mieszkała w Singapurze, potem studiowała w Pekinie, a teraz wybiera się do HongKongu na dalszą edukację. Spędziła dwa miesiące w Polsce ucząc angielskiego, a teraz zajmuje się takimi biednymi ludźmi jak ja.
Jedziemy do imprezowej części miasta, większość białych, czuję się jak w Londynie. Nie mogę powiedzieć, że impreza była słaba, bo poza Lady Gagą był i Bonkers :D Wracamy taksówką, hostel zaopatrzył nas w ulotki z adresem, co wcale nie pomaga, bo dwóch pierwszych nie zna adresu. Nie chcą nas jednak oszukać, grzecznie przepraszają i mówią że musimy poszukać innej taksówki. Trzeciego łączymy bezpośrednio z recepcją, dostaje instrukcje jak dojechać, po 10 min i za jedyne 2 euro docieramy pod hostel.
Mógłby to być koniec wieczoru, ale podbiega do nas dwunastolatek, zaczynamy grać w piłkę nożną. Za bramki służą stołki i słupki drogowe. Potem przychodzi pora na badmintona, a wieczór kończy się roztarganymi spodniami Josh’a.

Amusement

February 1st, 2010 by

Metro pekińskie to fajny wynalazek, za 1zł można przejechać Pekin wzdłuż i w szerz. Z chłopakami jedziemy do wesołego miasteczka, dumnie nazwanego Beijing Amusement Park. Wygląda na zamknięte, podchodzimy jednak pod bramę i za 1 euro wchodzimy do środka. Klimat jak w tych polskich – objazdowych, wszystko brudne, zdezelowane i co najgorsza smutne. Wieje pustką, chociaż to sobota, a dzieci mają ferie zimowe. Może dlatego, że jesteśmy na półtora godziny przed zamknięciem, ale po imprezie należało się wyspać:) Gramy na automatach w gry z dzieciństwa, podziwiamy gokarty rozpędzające się do niebagatelnych 10km/h i wydające przy okazji dźwięki traktoryczne. Miejsce jest naprawde wyjątkowe i warte zobaczenia, bo żeby pojeździć kolejką trzeba być odważnym:)

Idziemy coś zjeść w najbliższej restauracji. Nikt nie mówi po naszemu, więc wybieramy potrawy z listy na chybił trafił. Trafiam na słusznych rozmiarów miskę zupki chińskiej z jajkiem, makaronem i innym zielskiem. Mam szczęście – smakuje lepiej niż produkty instant z torebki w Polsce. Gdy kończymy, mrok już zapadł, a na horyzoncie księżyc w pełni. Wchodzimy na staję metra, jak się okazuje jednokierunkową, konsternacja na naszych twarzach wywołuje litość u obsługi stacji, która przejściem służbowym transportuje nas na stację, z której kolejka jedzie w przeciwnym kierunku.

W hostelu zastaje mnie informacja, że mam szczęście, jest dla mnie bilet do ChongQing – wyjazd następnego dnia rano, hard sleeper, jedyne 31h jazdy. Pierwszego dnia pomagałem właścicielowi hostelu z jego makiem, dzięki czemu zostałem jego najlepszym kumplem. Jakimś cudem udało mu się załatwić bilet na dzień przed wyjazdem, co jest niełatwe w okresie przedświątecznym. Na dodatek następną wizytę w hostelu mam za free.

W Chinach, nawet tak marny i niedoświadczony w piciu Polak jak ja może zostać mistrzem w piciu. Absynth ze spritem, chińska wódka, B55 – wszystko wchodzi lepiej niż nasz narodowy trunek, a Chińczycy krzywią się i robią miny. Wieczór się przeciąga do późnych godzin nocnych, a miałem się wyspać przed dalszą podróżą. Cóż, będę spał w pociągu.

Wstaję o 7, jem śniadanie, jadę na dworzec i dopiero gdy nań docieram zaczynam rozumieć co to znaczy tłok, przed wejściem kolejka na 50m, wszyscy się przepychają i próbują ją omijać. Wbrew temu co piszą, dworzec jest prosty w obsłudze (przynajmniej zachodni). Mając bilet nie można się pomylić, czy zgubić, bo po prostu podążasz za cyferkami. Problemem może być kupno/rezerwacja biletu, ale tego nie miałem okzaji doświadczyć. Wsiadam do pociągu, zajmuję dolne łóżko (zgodnie z biletem). Na początku wszyscy przyglądają mi się z ciekawością. Próbuję porozmawiać z przesympatyczną dziewczyną (Queenie jak się okazuje później), jednak nie mówi prawie wogóle po angielsku. Po chwili jednak znajduje się dwóch studentów telekomunikacji, którzy pomagają mi w komunikacji z otoczeniem. Jestem drugim obcokrajowcem w ich życiu, z którym mogą porozmawiać po angielsku. Pytaniom nie ma końca; rozmawiamy o ich studiach, życiu w Polsce i Chinach, sławnych ludziach. Potem udzielam im lekcji geografii europy, a sam dowiaduje się, co muszę skosztować kiedy już dojadę do ChongQing.

Wszyscy są niesamowicie mili, dzielą się ze mną przekąskami i chińskim winem (które jest raczej wódką bo ma 56%). Chłopaki pozwalają mi skorzystać z internetu w komórce, bo zapomniałem zapisać adresu hostelu. Queenie dzieli się ze mną zupą i uczy grać w karty. Cała podróż mija w serdecznej i sympatycznej atmosferze.

W następnym odcinku … Gotham City i Chińskie Dziewczyny :)

Poniżej zdjęcia z mrocznego (wesołego) miasteczka, reszta w następnym wpisie.

Train shots

February 3rd, 2010 by

Gotham City

February 3rd, 2010 by

Pociąg po trzydziestu godzinach jazdy nie wygląda jak po przejściu huraganu, tak jak się tego spodziewałem. Wprawdzie rzucanie śmieci pod siebie i spluwanie na podłogę jest normą, ale co jakiś czas przechodzi kierownik wagonu z miotełką i workiem na śmieci, zbierając nieczystości. Dojeżdżamy do ChongQing, pociąg się zatrzymuje, wszyscy wysiadają. Łapanie taksówki nie należy na pierwszy rzut oka do czynności prostych. Po dwóch nieudanych próbach okazuje się, że należy ustawić się w specjalnej kolejce obsługiwanej przez dwóch funkcjonariuszy publicznych. Tam kolejno podjeżdżające żółte pojazdy (brak napisu taxi po naszemu) zabierają chętnych. Gdy po kilku minutach wkońcu dostaję swój przydział, kierowca zupełnie nie ogarnia zbytnio celu mojej podróży. W tym momencie na ratunek biegnie jeden z funkcjonariuszy (w zasadzie to całkiem ładna funkcjonariuszka) i pomaga mi znaleźć kierowcę lepiej orientującego się w przestrzeni miejskiej. Ładuję się do środka, jedziemy. Po prawej Jangcy, po lewej wielopietrowe wieżowce, a wszystko za mgłą – Gotham City wita:)

Melduję się w hostelu, ekipa całkiem sympatyczna, prawie brak obcokrajowców. Prawie jednak robi wielką różnicę, bo nie dość że w tym samym hostelu zamieszkuje już troje Polaków, to jeszcze są z Krakowa (sic!) :). Jako, że jest już późno, kolację jem w hostelu, a potem oglądam film Moon (polecam) z krajanami.

Train lag sprawia, że śpię do 12, wstaję zbieram aparat i wyskakuję na miasto zatopione we mgle i otoczone górami. Setki schodów, podejść i stromizm daje mi się we znaki. Docieram do cable cara, który zabiera mnie na drugą stronę rzeki. Na której brzegu stoi świeżo wybudowany i pokryty zielonkawo-szmaragdowym szkłem teatr – imponująca budowla.

Popołudniem spotykam się z Zou, jemy razem kolację – żołądki świńskie i wołowinę. Dowiaduję się paru faktów o mieście, o tym że życie nie jest lekkie nawet, jeśli skończyło się dwa fakultety (angielski i prawo). Zou pracuje w firmie deweloperskiej na pełen etat, do tego dochodzą nadgodziny i dojazdy, razem 10-12 godzin dziennie. Zarabia 200 euro miesięcznie, z czego połowa idzie na spłatę rat kredytu, a reszta na rachunki, jedzenie i dojazdy. Ciężko jej odłożyć cokolwiek, pociesza się jednak tym, że to dopiero początek jej kariery, a szef jest dobrym człowiekiem.

Po powrocie do hostelu rodacy zapraszają mnie na wspólną wyprawę na Huo Guo – lokalny przysmak. Hot pot, bo tak to się tłumaczy na angielski, to takie lokalne fondi – siedzi sie przy jednym garze i gotuje w przegródkach różne składniki. W naszym przypadku były to ośmiornice, mięsko, grzyby, tofu, kiłki, szczypior. Gar wypełniony jest wodą z czerwonymi papryczkami i innymi przyprawami. Wkłada się go do dziury w stole, w której znajduje się palnik. Następnie do przegródek wrzuca się składniki odczekuje chwilę i spożywa. Jeśli obserwuje się Chińczyków przy innych stolikach wygląda to na łatwe. Jednak każdy kęs jest palący i piekący. Po chwili zaczynają cieknąć łzy i zaczyna się smarkanie – całe szczęście pojemnik z chusteczkami jest pod ręką. Trzeba ratować się colą, piwem i ciastkami czekoladowym. Jednak… pomimo całej tej pikanterii huo guo jest naprawdę pyszne i miłośnikowi ostrej (bardzo) kuchni będzie smakować.

W nocy doczytowuję Przygody damskiego fryzjera i pożyczam ją moim krakowskim znajomym (Someday’u nie martw się – odzyskam ją po powrocie), którzy rankiem opuszczają ChongQing.

ChongQing & Huo Guo

February 4th, 2010 by

Huo Guo

Miasto wychodzi z mroku

February 5th, 2010 by

ChongQing leży na złączeniu dwóch rzek Jangcy i Jialing, przy czym ta pierwsza ma kolor żólty, a druga niebieski. Ponad rzeką wznoszą się wielopiętrowe wieżowce zbudowane na zboczach gór. Miasto znane jest zasadniczo z trzech rzeczy: wyżej wspomnianych rzek, pięknych dziewczyn i Huo Guo (opisanego w poprzednich postach).

Spotykam się z dwoma lokalnymi dziewczynami. Yuanyuan i Kehua, są atrakcyjne, otwarte na świat, niezależne. Jemy razem kolację – zupka z czymś w rodzaju śmietany, chińskie pierogi z mięsem, i coś na kształt sorbetu zrobionego z ryżu na deser. Idziemy do baru, w którym płaci się za granie w gry planszowe – wybór jest spory.

Gramy, popijamy lemoniadą i rozmawiamy o ich problemach ze znalezieniem miłości. Faceci w ich wieku zwykle są zajęci, a one – do tej pory pochłonięte robieniem kariery, nie miały czasu na poszukiwania. Większość dziewczyn w Chinach, jak mi tłumaczą zakochuje się i wychodzi za mąż za swojego pierwszego chłopaka. One mają za sobą długotrwałe związki, które nie zakończyły się jednak małżeństwem. Kehua zasypuje mnie pytaniami jak wyglądają randki na zachodzie, bo za dwa tygodnie spotyka się z Australijczykiem poznanym przez internet.

Następnego dnia pobudka o 12 i początek walki o bilet na wschód. Pociąg jest w cenie samolotu, więc szybszy środek lokomocji jest naturalnym wyborem. Linie lotnicze nie akceptują jednak karty płatniczej, paypal jest nieaktywny, wszystko sprzysięga się przeciwko mnie. Dziewczyny z recepcji pomagają mi jednak zamówić bilet przez telefon. Wymiana pieniądzy w banku – wypełnianie papierków, kolejki, biurokracja, łącznie ponad godzina zmarnowanego czasu. Udaje się, kurier dostarcza bilet, płacę gotówką i w niedzielę lecę do Szanghaju.

Wieczorem autobusowa wycieczka – miasto nocą, pocztówkowe zdjęcia, nic ciekawego. Na kolację jem smażone na miejscu czipsy i zagryzam ostrym szaszłykiem. Przed przyjazdem tutaj nie byłem świadom tego, że jest kilka rodzajów ostrego jedzenia. Jeden powoduje mrowienie na języku, drugi nie pozwala oddychać, a jeszcze inny powoduje łzawienie oczu.

W hostelu oglądam po raz setny Vicky Christina Barcelona i zasypiam. Gdy wstaję, jest już po dwunastej, a przez mgłę i chmury przedziera się słońce, miejscami nawet widać błękit nieba. Razem z dwoma amerykaninami płynnie posługującymi się chińskim jedziemy do artystycznej dzielnicy miasta. Budynki całe w grafiti – zupełnie inne ChongQing – pozytywne i optymistyczne.

Jemy kurczaki w ostrym sosie, przegryzamy gołębimi jajkami i rybnymi kulkami, zapijamy pepsi i chińską wódką ;) Chyba powinienem częściej pić przed fotografowaniem – wódka wyzwala pokłady odwagi:) Łapiemy taksówkę, wracamy do centrum i zaliczam moją pierwszą w życiu wizytę w amerykańskiej ambasadzie jak nazwywają to miejsce moi współtowarzysze – Starbucks. Po wypiciu gorącej czekolady zostawiam ich i idę robić zdjęcia korzystając z faktu, że ciągle jestem pod wpływem alkoholu:)

Chongqing – Shanghai

February 8th, 2010 by

Weekend zaczyna się od wizyty w Duńskim barze, na nieoficjalnym spotkaniu Couchsurferów. Przy sąsiednich stołach impreza firmowa – głośne karaoke, fałszowanie i zabawa na całego. Jak na nasze standardy śpiewy kończą się wcześnie, przenosimy się więc do baru, a następnie do pachnącego nowością klubu w stylu zachodnim (taka chińska Taawa czy Tawaa – kicz i plastik). Od progu wita nas techno, a na parkiecie podrygują – bo tańcem tego nazwać nie można – chińskie nastolatki. Bonkersa brak, Lady Gagi też, jedynie mocno bijące po nerkach basy. Na dłuższą metę nie do wytrzymania, wracam więc do hostelu.

Sobotnie popołudnie, zaczyna się wizytą w zabytkowej części Chongqing (Ciqikou) – tłumy ludzi, stare budownictwo, sklepy z pamiątkami. Zupełnie inno strona miasta – chińskie Krupówki. Gadka szmatka, spacerek, przekąski od sprzedawców ulicznych. Wszystko nastawione na turystów, ale raczej lokalnych niż zagranicznych, bo obcokrajowiec jest tu tylko jeden, w obstawie dwóch Chinek (wspomianych w poprzednich wpisach). Można tu nabyć w zależności od preferencji lub wyznania trójwymiarowy obrazek Jezusa, Buddy lub innego Boga. Brak tylko Matki Boskiej z Lichenia. Po zaopatrzeniu się w dewocjonalnia można na czerwonej karteczce zapisać marzenia noworoczne, a następnie przykleić je do ścian jednej z kamienic. Jedni życzą zdrowia rodzinie, inni chcieliby pieniędzy, a jeszcze inni po prostu pragną seksu – ot globalizacja :)

Po obiedzie wskakujemy do autobusu jadącego w kierunku centrum. Kolejny wypadek w przeciągu miesiąca – tym razem nie z mojej winy – w tył autobusu wjeżdża busik. Szybki rekonesans, nikt się zbytnio całym zdarzeniem nie przejmuje – więc docieramy na miejsce bez opóźnień. Pożegnalny drink w klubie, muzyka na żywo, kilka przetańczonych kawałków…

W hostelu zastaję ekipę gotową do wyjścia na Huo Guo – nie mogąc zmarnować ostatniej okazji na gorący kubek, wracam skąd właśnie przyjechałem. Tym razem nie jest już tak ostro (może kwestia doświadczenia), a dowcip o smoku (głupio napisać o czym jest naprawdę zaraz po poruszeniu kwestii jedzenia) daje radę nawet po angielsku.

Kilka godzin snu, budzik wyje, ciężko wstać, ale samolot nie poczeka. Lot przebiega bez zakłuceń, może poza faktem, że samolot wydaje dziwne dźwięki. Zasypiam zaraz po starcie, a budzi wstrząs lądowania. Szanghaj wita.

Mgła, deszcz i szklane domy.

Ciqikou

February 10th, 2010 by

Shanghai

February 13th, 2010 by

Shanghai wita przygnębiającą mgłą i deszczem, co tylko potęguje zmęczenie. Rozespany opadam na ławce tuż przy taśmie podającej bagaże, po chwili maszyna wypluwa plecak, zakładam go na plecy i wskakuję do shuttle busa. Europa wita tuż po opuszczeniu terenu lotniska. Budynki jak na przedmieściach Paryża, wielkopłytowców nie ma tak dużo jak w Chongqing czy Pekinie. Po czasie krajobraz zmienia się, wjeżdżamy do Nowego Jorku – pojawiają się szklane domy. Górne piętra skryte w chmurach, czysto i lśniąco. Autobus zatrzymuje się przy centrum, muszę przesiąść się do metra. W duchu przeklinam ludzi, którzy robili identyfikację wizualną Shanghai Subway. Po pół godzinie chodzenia wokół parku, znajduję odpowiednie wejście i docieram na odpowiednią stację. Dalej pozostaje przestudiowanie mapy i nie tak łatwy wybór kierunku podróży. Mija dziesiąta godzina od opuszczenia hostelu w Chongqing, na tym etapie wróciłbym do Pekinu. Zamiast tego melduję się w hostelu, przykładam głowę do poduszki, zasypiam.

Shanghai buduje się bardziej niż Pekin – za 3 miesiące rozpoczyna się wystawa światowa. Przy głównej promenadzie Bund wszystko jest odgrodzone, rozkopane i przebudowywane. Rzeki nie widać, promenady zresztą też. Z jednej strony za placem budowy wyrastają drapacze chmur Pudongu, z drugiej stylowe wieżowce z początku 20 wieku.

Chiny wydają masę pieniędzy na Expo, pomalowane zostały wszstkie przęsła wielopoziomowych autostrad biegnących przez miasto. Wyczyszczono też bloki mieszkalne, a te których się nie dało pokryto farbą. Rząd nakazał pozamykać wszystkie klimatyzatory w jednakowych obudowach, dzięki czemu wyglądają jednolicie. Wszsystko lśni, jedynie kierowcy narzekają, że farba podczas wielkiego malowania ubrudziła samochody. Ciężko się im dziwić, zwłaszcza, że aby kupić samochód muszą wydać sporo, po pierwsze cena samochodu, po drugie podatek, a po trzecie trzeba wylicytować tablice rejestracyjną. Ceny tablic podczas licytacji potrafią dojść do 20 000zł, dzięki czemu bogaci się miasto i ogranicza ilość samochodów w mieście. Kombinatorzy mogą zarejestrować samochód poza Szanghajem, ale wtedy nie mogą jeździć po najwyższym poziomie autostrady.

Mieszkańcy Szanghaju są smutni, opuszczone głowy, pośpiech, nie patrzą sobie w oczy i nie uśmiechają się. Może to wina pogody, która zmienia się z dnia na dzień. Jednego dnia można chodzić w podkoszulku, następnego temperatura nie przekracza pięciu stopni i pada deszcz z gradem. Nie pozostaje nic innego jak spanie w ciepłym pokoju i czekanie na kolejny dzień.

Miałem się zbierać do Hungzhou, ale nowy rok przywitam jednak tutaj, we wtorek samolot do Shenzhen, a potem Hong Kong.

S-S czyli z Shanghaju do Shenzhen

February 19th, 2010 by

Od ostatniego wpisu minął prawie tydzień. Nie popadłem jednak w marazm i zrezygnowanie, nie jest to wina tego, że mi się nie chciało…

Po trzech dniach ponurej i zimnej aury człowiek musi odreagować. W odpowiedzi na tego typu potrzeby Szanghaj proponuje niezliczoną ilość barów, pubów i klubów – do wyboru do koloru. Hostel też jest miejscem niczego sobie, lobby duże, a co najważniejsze ekipa daje radę. Jest na tyle dobra, że rezygnuję z wyjazdu do Hongzhou i postanawiam spędzić nowy rok tutaj.

Noworoczny (sylwestrowy) wieczór rozpoczynamy od kolacji w stylu amerykańskim – wielkie steki, frytki i piwo (lub jak kto woli cola). Przenosimy się do francuskiej knajpy za namową mojego francuskiego współlokatora. Po drodze ostrzeliwuje nas artyleria i karabiny maszynowe – a przynajmniej można ulec takiemu wrażeniu gdy na każdej ulicy ktoś odpala petardy. Knajpka okazuje się jednak marna – ceny są zabójcze, a w środku nie ma nikogo poza Francuzami. Szybko zmywamy się więc do klubu, podobno najlepszego w mieście.

M2 – bo tak imprezownia się nazywa – znajduje się na najwyższym piętrze centrum handlowego, co nie wróży zbyt dobrze, jednak po wejściu okazuje się, że nie ma lepszego miejsca na noworoczną imprezę. Drinki po 4zł, dobra muzyka (może trochę za dużo LadyG) i gorące dziewczyny;). Nikt nie zauważa kiedy minęła północ. Nie ma to jednak znaczenia, bo fajerwerki i petardy odpalane są nie tylko o północy, ale przez 24 godziny na dobę do wyczerpania zapasów. Tegoroczny festiwal wiosenny jak nazywają okres nowowroczny chińczycy rozpoczyna się w Szanghaju od opadów śniegu. Zdarza się to tutaj bardzo rzadko, dlatego o czwartej, gdy opuszczamy klub nikt nie kryje podekscytowania. Po drodze zachaczamy o McFrytki i McKanapkę, poznajemy brazylijską supermodelkę i idziemy odsypiać.

Scenariusz dnia kolejnego napisany jest na bazie poprzedniego, z tą jednak różnicą, że omijamy z daleka francuską knajpę. W M2 trochę mniej ludzi, a muzyka trochę bardziej ukierunkowana – definitywnie było epicko. W klubie spotykamy supermodelkę z dnia poprzedniego, piękną rosjankę i kilku innych ciekawych ludzi.

We wtorek metro, malev, bombardier i ląduję w Shenzhen. W punkcie informacyjnym bardzo miły pan mówi po angielsku tylko “yes”, “no”, “taxi” i “how can I help you”. Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak złapać taksówkę. Jak postanawiam tak czynię. Pierwszy taksówkarz po pokazaniu mu mapy na której zaznaczony jest mój hotel zaczyna mówić coś do mnie po swojemu wskazując inną taksówkę. Znajduję więc inną i sytuacja się powtarza. W końcu udaje mi się dobić targu z dwójką oszustów, którzy prowadzą mnie do zaprzyjaźnionego kierowcy. Pakuje plecak na tył, wsiadam do przodu i jedziemy.

Miły kierowca jednak ma nietęgą minę, z czego wnioskuję, że coś jest nie tak, coś tu nie gra. Po chwili wyjmuje telefon kierunkowy, jedną ręką prowadzi a drugą stara się wyszukać numer w książce adresowej. Po cichu mówi coś do siebie, co biorę za przekleństwa. W końcu udaje się – zaczyna rozmawiać – znów przeklina i rozłącza się. Ktoś oddzwania, a kierowca podaje mi telefon. Miła dziewczyna z drugiej strony pyta się mnie łamaną angielszczyzną “where you want go”. Próbuje jej wytłumaczyć, że mam tylko tą jedną mapę i że tam jest skrzyżowanie dwóch ulic i że tam chce być zawieziony, ale że nie wiem gdzie to jest bo ja tych znaczków chińskich nie rozumiem. Na to ona spokojnie odpowiada, że nie rozumie i żebym mówił powoli. Powtarzam więc swoją kwestię po raz kolejny – po drugiej stronie zapada cisza. Po chwili dziewczę mówi, żebym poczekał i się rozłącza.

Postanawiam więc działać na własną rękę, biorę telefon taksówkarza, wykręcam numer do Yuan z Chongqing i tłumaczę jej w czym problem. Przekazuje telefon taksówkarzowi, po chwili ten przekazuje mi telefon z powrotem. Okazuje się, że mapa jest mało precyzyjna i przyadałby się adres. Ten niestety jest na moim mailu, więc po raz kolejny przekazuję telefon kierowcy z prośbą o zawiezienie mnie do kafejki internetowej. W poszukiwaniu zaginionego adresu skręcamy w osiedle, lub slumsy – jak kto woli. Kierowca zaczyna wypytywać przechodniów. Docieramy na jakiś bazar, parkujemy w poprzek jedynego przejścia i na piechotę dochodzimy do kawiarenki. Kawiarenka to jednak byłoby niedopowiedzenie – bo nie można tak nazwać miejsca, w którym znajduje się ponad 100 komputerów. Przed nimi chińskie dzieci przyczepione do słuchawek i myszek nawalają w Counter Strike’a lub rozwijają się społecznie porozumiewając się za pomocą QQ.

Żeby skorzystać z dobrodziejstw tego miejsca trzeba mieć kartę członkowską i dobrze jest też mówić po Chińsku. Jako, że tej drugiej cechy nie posiadam i nie wiem o co się rozchodzi, członkiem tego cybergangu zostaje wspomniany nieco wyżej pan kierowca. Zapłaciwszy za tę przyjemność 10zł, mogę uruchomić przeglądarkę i zalogować się do gmaila. Poza adresem który jest oczywiście tylko w pinyin (transkrypcji chińskich znaczków na angielski) uzyskuję coś o wiele cenniejszego – numer telefonu do hotelu. Wracamy do samochodu i po 5 minutach docieramy pod hotel, żegnam się, płacę i zostawiam napiwek za pomoc i fatygę.

Myśląc, że to koniec moich przygód na dzień dzisiejszy z radością otwieram drzwi hotelu, podchodzę do recepcji, mówię “Ni hao”, grzecznie się przedstawiam i oświadczam, że chciałbym się zameldować. Zamiast odpowiedzi słyszę: “no inglisz, no inglisz”. Wyciągam więc paszport, bardzo miłe i uśmiechnięte recepcjonistki usiłują ustalić kim ja jestem i po co przybywam. Nie znajdują mnie jednak w spisie rezerwacji. Podnoszą więc słuchawkę i dzwonią. Po chwili pojawia się kierownik tej imprezy, jednak on też nie mówi po angielsku. Pokazuję więc na migi, że ja to z Polski jestem i że bookowałem za pomocą HostelBookers i że mam mieć pokój za 88 juanów. Chyba jestem dobry w kalambury, bo pan mi daje klucz do pokoju i wystukuje 176 na kalkulatorze. Płacę i wyjeżdżam windą na piąte piętro. Jedna z dziewczyn instruuje mnie jak należy używać włączników światła i jak podłączyć się do internetu. Co też niezwłocznie po jej wyjściu czynię (podłączam się do internetu w gwoli ścisłości), żeby dowiedzieć się gdzie ja tak naprawdę jestem.

Zadanie okazuje się trudne, zbiegam więc na dół, w sklepie nieopodal zakupuję niezbędne węglowodany i powracam na recepcję. Kalamburów część druga, tym razem potrzebuję mapy i instrukcji obsługi ogrzewania, bo w pokoju zimno jak w psiarni. Ogrzewania nie ma jak wnioskuję z zasmuconej wypowiedzi recepcjonistki. Natomiast jeśli chodzi o mapę, niezbędny jest kierownik. Sukces okazuje się podwójny, wracam do pokoju z mapą, co więcej na mapie zaznaczony jest hotel (mniej/więcej), a ponadto przed drzwiami czeka na mnie uśmiechnięta dziewczyna z dodatkową kołdrą – będzie ciepło. Niestety zostaje tylko kołdra, dziewczyna wychodzi.

Po godzinie studiowania google maps i uzyskanej od kierownika mapy określam swe położenie co do milimetra. Co więcej – wiem gdzie jest najbliższy dworzec autobusowy, jakie autobusy z niego odjeżdżają i jak dostać się do celu mojej podróży w Shenzhen. Dumny z siebie i swojej zaradności zjeżdżam windą, żeby zjeść coś w przyhotelowej restauracji. Tu miłe zaskoczenie, menu jest obrazkowe, jest więc szansa, że zjem coś dobrego. Decyduje się na zieloną papkę z czymś co wygląda na kurczaka, a do tego miskę ryżu. Zielona papka okazuje się być papryką ze szczypiorkiem, natomiast to co wziąłem za kurczaka okazuje się być kurczakiem. Nie do końca jednak takim jakim się spodziewałem, bo poszatkowanym z kościami i kurzymi stopami. Głodnym, więc spożywam i nawet mi smakuje, gdyby tylko nie te cholerne połamane kości.

Wracam do pokoju włączam film i zasypiam.

Budzę się następnego dnia, zapisuję w notesie wszystkie znaczki nezbędne żeby dotrzeć do Dafen i z powrotem. Z pomocą google translate zapisuje również pytanie do pań recepcjonistek – nie związane z ogrzewniem i rozgrzewaniem – “Adres hotelu?” (na wszelki wypadek). Docieram na dworzec, wsiadam do odpowiedniego autobusu, pokazuje panu kierowcy równo naskrobane znaczki z nazwą przystanku, płacę i jadę. Przedzieramy się przez wyboje i bezdroża, przejeżdżamy przez cztero i pięciopasmowe autostrady, przeciskamy się przez wąskie alejki i po dwóch godzinach docieramy do Dafen Oil Painting Village.

Dafen to wioska, a w zasadzie dzielnica Shenzhen, którą zamieszkuje kilka tysięcy malarzy, którzy od rana do nocy malują i sprzedają reprodukcje dzieł znanych artystów: VanGoghów, Monetów, Picassów etc. Konkurencja jest spora, ceny więc bardzo atrakcyjne. Rozmiar tego projektu robi wrażenie. Niektórzy malarze namalują co tylko chcesz, wystarczy, że dostarczysz zdjęcie, a następnego dnia obraz będzie czekać namalowany farbami olejnymi na płótnie. Inni wybrali specjalizacje w konkretnej dziedzinie takiej jak konie czy kwiaty lotosu (sic!). Zbieram wizytówki, podziwiam niektóre naprawde dobre obrazy, a na koniec z Annie z couchsurfingu zjadam tanią i smaczną kolację. Żegnam się, wsiadam w autobus, kolejne 2h podróży, momentami ścisk większy niż w nocnym na Ruczaj. Docieram do hotelu, robię szybki reasearch jak dotrzeć do Hong Kongu i po raz kolejny zasypiam pod dwiema kołdrami.

c.d.n.

Du ju łont e łocz ser, e roleks?

February 22nd, 2010 by

Autobus, metro, schody ruchome, kierunkowskaz “To Hong Kong”, odprawa, pociąg – docieram do East Tsim Shui. Poszukiwanie najpopularniejszej noclegowni w Hong Kongu – Chongking Mansions zajmuje mi kilka minut. Docieram do hostelu w bloku D – siódme piętro. Paris guesthouse jednak cały zajęty, przenoszą mnie więc na piętro 14. Komórka 2x1m, telewizor, klimatyzator i prysznic z klozetem. Okien brak, klimatyzator może więc być przydatny, jest jednak tak obleśny, że strach go włączać. Po podłodze spacerują robaczki, za drzwiami słychać boliłudzki film, a na parterze można dostać curry. Istne indie.

Najtańszymi środkami tansportu w HK są tramwaje i promy. Uciekając przed zaduchem, bolywoodem i robakami łapię ten drugi i docieram na Hong Kong Island. Deszcz mieszkańcom wyspy jest nie straszny, gdyż w większość miejsc można dotrzeć za pomocą zadaszonych ścieżek. Mało tego, że nie zmokną, to na dodatek się nie zmęczą, gdyż podejścia pod górę obsługiwane są przez ruchome schody.

Wygodniejszego miasta nie ma przypuszczam nigdzie na świecie. Chcesz wyskoczyć na drinka? Wskakujesz w metro, potem kilka minut ruchomymi schodami i docierasz do Soho. Tutaj do wyobru do koloru – każdy rodzaj kuchni. Małe klimatyczne knajpki w stylu francuskim, angielskie puby, tapas bary – czego dusza zapragnie. Nie musisz nawet mieć ze sobą pieniędzy, bo za wszystko zapłacisz kartą miejską. Gdyby tylko ceny były takie jak w Chinach…

HK przypomina trochę Szanghai, tylko większa jest różnorodność kulturowa. Jeśli jesteś biały to na każdym kroku ktoś będzie chciał Ci sprzedać zegarek, garnitur, czy masaż. Możesz też liczyć na pomoc w znalezieniu kobiety na wieczór. Google też Ci pomoże – na drugim miejscu po wyszukaniu “hong kong nightlife” znajdziesz informację jak zamówić dyskretną dziewczynę w stylu europejskim lub azjatyckim. Kilka dni w okolicach East Tsim Shui i zaczynasz mieć dość ciągłego “łelkom ser, łont e łocz?” i innych pytań z akcentem indyjskim lub pakistańskim.

Na szczęście 30 min promem wystarczy, żeby zostawić za sobą zgiełk miasta i znaleźć się na łonie natury. Można tu spędzić cały dzień chodząc po mniejszych i większych pagórkach. Można też poleżeć na plaży lub pojeździć rowerem na jednej z wielu wysp należących do terytorium HK.

Ranne wstawanie… i miejskie podróże

March 20th, 2010 by

Wielka podróż się zakończyła, blog przystopował, zaczęła się praca, nauka termodynamiki technicznej, fizykochemii, wiosna i wczesne wstawanie. Nie wiem jak wy, ale ja codziennie przed zaśnięciem nastawiam budzik mniej więcej na godzinę wcześniej niż muszę się znaleźć w pracy tudzież uczelni. Jako, że nie posiadam tradycyjnego budzika, używam wbudowanej w telefon aplikacji o wszystkomówiącej nazwie Clock. Ma ona to do siebie, że w momencie ustawienia godziny dzwonienia wyświetla czas pozostały do pobudki, tym samym informując mnie jak bardzo się nie wyśpię. Przybity tym faktem zasypiam szybko, o ile nie zaczynam myśleć o tym, czego nie zrobiłem, a miałem zrobić na następny dzień. To są jednak sytuacje wyjątkowe i częstotliwość ich występowania maleje od czasu ukończenia szkoły podstawowej, kiedy to zadania domowe odrabiałem na przerwie przed lekcją zamiast wieczorem dnia poprzedniego.

Poranek nadchodzi szybko, bo sen w przeciwieństwie do zajęć na uczelni się jakoś nigdy nie dłuży. Dzwoni budzik, a raczej gra Feel Good Inc. Gorillaza. Niezależnie od tego gdzie położony jest telefon, nie otwierając oczu podążam za dźwiękiem, włączam przycisk oznaczony “Snooze” i zasypiam z telefonobudzikiem koło poduszki. Po 5 minutach sytuacja się powtarza. Czasem zanim zwlekę się z łóżka mija pół godziny. Jeśli czuję się na siłach obliczam ryzyko negatywnych konsekwencji spóźnienia się, a gdy nie ma niebezpieczeństwa, daję sobie nawet 45 dodatkowych minut.

Następnie postępuję zgodnie ze stałym algorytmem: prysznic, mycie zębów, ubieranie się, pakowanie komputera i o ile nie jadę rowerem/samochodem – bieg na przystanek – Korona. Jest to jeden z tych, na których nie wiadomo gdzie stanąć nie znając rozkładu. Nigdy nie ma pewności, który tramwaj, tudzież autobus nadjedzie pierwszy, a każdy podjeżdża z innej strony skrzyżowania.

Tutaj przechodzimy do clue programu, czyli aplikacji mmpk. Prawdziwy lifesaver, w którym można sprawdzić, z której strony nadjedzie najbliższy pojazd mpk zaraz po wyjściu z domu. Przechodząc koło rynku podgórskiego już wiem czy pierwsza nadjedzie ósemka, trójka czy może 304 lub 522. Wad programu nie stwierdziłem, za to zalet jest sporo: darmowy, napisany w Javie i co najlepsze i najważniejsze działa!

Od dziś można spać dłużej, idzie lato (oby takie jak poniżej na zdjęciach), a tym samym świat jest zajebongiem x2!


Muzyka w podróży

April 1st, 2010 by

Niektórzy uważają, że ipod zabija podróżowanie, reisefieber zanika, a podróż jest warta tyle ile wydaliśmy na nią pieniędzy. Autor wpisu człowiekiem jest oczytanym, co się chwali, zwłaszcza w czasach gdy społeczeństwo zadowala się programem telewizyjnym i quizami na facebooku. Nie zmienia to jednak faktu, że nie zgadzam się z tezami postawionymi w tekście.

Różni są podróżnicy. Jedni jeżdżą na wczasy do Egiptu, inni są fanatycznymi sportowcami i jeżdżą w miejsca, w których mogą poszaleć na nartach czy windsurfingu. Jeszcze inni nie byli nigdy nad naszym polskim morzem, za to kąpali się na plażach morza śródziemnego;). Nie da się ukryć, że dla większości społeczeństwa podróż, to wczasy pod gruszą, tudzież palmą daktylową, a próba porównywania ich do podróżników takich jak Halik czy Kapuściński po prostu nie ma sensu. Ci ludzie dwadzieścia, trzydzieści czy pięćdziesiąt lat temu jeździliby do Mikołajek, a teraz mają egzotykę, zapewnioną pogodę i kuchnię europejską w niższej cenie. Proporcjonalnie wzrosła także liczba podróżników świadomych, jadących gdzieś nie po to, żeby pływać w basenie oddalonym o 50m od morza, ale żeby przeżyć jakąś przygodę. Internet odgrywa tu niebagatelną rolę, można się zainspirować, podzielić informacjami z innymi, znaleźć miejsca unikalne, znaleźć nocleg, poznać miejscowych ludzi… to jest niesamowite! Ja dopiero zaczynam moją przygodę z podróżowaniem, a reisefieber towarzyszy mi przed każdym wyjazdem. Odkrywanie i eksploracja miejsc znajdujących się nawet blisko domu należy do tych bezcennych małych przyjemności.

Muzyka w podróży jest jednym z najważniejszych dla mnie przyjemnych bodźców, dlatego nie mogę się także zgodzić ze stwierdzeniem, że słuchawki na uszach świadczą o makdonalizacji podróży (a chyba nie do końca o to chodziło autorowi tekstu).

Słysząc Everytime We Touch Maggie Reilly przypomina mi się podróż nad Bałtyk, lasy sosnowe (moje ulubione), fale, rozgrzany piasek, wschody słońca i wiatrochrony. Słysząc Lipstick on the glass Mannamu, przed oczami stają mi skaliste góry dynarskie, słyszę cykady, widzę błękit adriatyku i czuję chłodny powiew wiatru Bora. Niektóre kawałki Red Hot Chilli Peppers przywołują na myśl wędrówki po lasach wolińskiego parku narodowego, a słysząc reggaeton czuję fetor skisłego mleka wlewającego się przez otwarte okno chickenbusa.

Mimo iż od pierwszych podróży nad rodzimy Bałtyk minęło sporo lat, mimo że szczegóły zniknęły w otchłani pamięci, gdy słyszę pierwsze takty piosenek wspomnienia powracają. Na sercu robi się ciepło, na twarzy maluje się uśmiech bo przywoływane są pozytywne emocje. Sam ipod w tym przypadku jest narzędziem – wspomagaczem zapamiętywania ulotnych chwil. Jest ulepszoną wersją samochodowego radiomagnetofonu, walkmana czy mini disc playera sprzed lat – daje nam dodatkowe możliwości. Możemy dzielić się muzyką z innymi, dzięki czemu odkrywamy kulturę, którą dużo trudniej odkryć samemu siedząc w domu. Idąc ulicą w zatłoczonym Hong Kongu ze słuchawkami na uszach zapominamy o zgiełku i ciągłych nagabywaniach sprzedawców podrobionych zegarków.

Oczywiście chodzenie ze słuchawkami w uszach od świtu do zmroku też zbyt sensowne nie jest. Jak ze wszystkim trzeba znać umiar i wiedzieć kiedy należy je ściągnąć, bo dobrze jest pospacerować wsłuchując się w odgłosy natury i porozmawiać z ludźmi, którzy nas otaczają. Poza tym wspomagacz zapamiętywania najlepiej się sprawdza, gdy wieczorem leżymy w hamaku wspominając miniony dzień.

Apropo ostatniego wpisu via Kasia N.

Alarm from Meteorix007 on Vimeo.

Weekendowo

April 19th, 2010 by

Jest poniedziałek – właśnie skończył się weekend. Trzeba wstać wcześnie rano, iść na uczelnie, potem do pracy, robić projekt na studia, trzaskać freelance. Dobrze jest się też spotkać ze znajomymi, rozwinąć własny pomysł na dochodowy biznes. Byle do weekendu.

Jak na złość weekend zawsze nadchodzi. Siedzimy w domu, czytamy posty na forach, śpimy, oglądamy telewizję, śledzimy wpisy na facebooku, tweeterze, blipie. Pracujemy, czytamy, uczymy się, nadrabiamy zaległości socjalne z całego tygodnia. Po takim weekendzie ma się wrażenie, że coś nas ominęło, że weekend był za krótki, że przez kolejne pięć dni trzeba będzie czekać, aby w kolejny weekend móc prokrastrynować. Najtrudniej jest podjąć decyzję o tym, że chcemy wyruszyć w podróż, potem już jest z górki. Nie jest to tylko moja opinia, podobnie pisze w swoim Vagabonding Rolf Potts. Przecież wystarczy w piątek po pracy wygrzebać z szafy plecak, zapakować trochę ciuchów na zmianę, kanapki, szczotkę do zębów. Wyjść z domu, złapać tramwaj, wysiąść pod dworcem, kupić bilet u miłej pani w kasie PKP i wsiąść do pociągu.

Taki pociąg jedzie całą noc, mamy więc trochę czasu na nadrobienie zaległości, przynajmniej tych czytelniczych i piśmienniczych (o ile nie zapomnieliśmy zapakować materiałów do plecaka). Nad ranem jesteśmy nad morzem, robimy sobie wycieczkę wzdłuż wybrzeża, siedzimy na zimnym piasku, zastanawiamy się, czy nie kupić sobie wyspy w Dubaju, jemy dorsza z frytkami, łapiemy stopa, spotykamy dziwne koty, huśtamy się na linie, leżymy na pomoście, moczymy nogi w lodowatej wodzie, liczymy mewy i kuropatwy, jemy śniadanie na molo… Można by wymieniać w nieskończoność. W końcu nadchodzi niedziela wieczór, pakujemy się do pociągu, wysyłamy sms’a, że spóźnimy się o godzinę do pracy i próbujemy zasnąć przy permanentnie włączonym ogrzewaniu w przedziale. Gdy w poniedziałek wracamy do rzeczywistości, mamy wrażenie niesamowicie intensywnie spędzonego czasu, a wystarczyło podjąć decyzję.

Big Bang

April 24th, 2010 by

Dziś gościnny wpis Arta, który wraz z Doli prowadzi bloga tourdelans.pl.
Zdjęcia by CaptainObvious

Więcej chmur nad Europą

Pamiętam, że pierwszą moją reakcją na niedawną chmurę islandzkiego pyłu i wieści o tymczasowym braku komunikacji lotniczej nad kontynentem, był twitter. Napisałem wtedy, z przymrużeniem oka, że Europa nie lata, więc nauczy się znów chodzić. I mimo, że tweet ten miał na celu raczej rozbawić niż pouczyć, im dłużej się nad nim zastanawiałem tym bardziej wydawał mi się sensowny.

Odrzutowce to bardzo współczesny środek komunikacji, i jak na współczesny gadżet przystało – nasze życie mocno się od nich uzależniło. Szybsze przesyłki. Szybsze loty na wakacje. Każde niemal miejsce na planecie, na wyciągnięcie ręki. Superszybkie teleporty z punktu A do B, co pozwala biznesmenom na jeszcze bardziej obfite wypełnienie swojego kalendarza międzykontynentalnyhc spotkań. Tymczasem gniewny pomruk wulkanu wstrzymał podróże tysiącom ludzi.

Czy aby na pewno?
Mówi się, że dobry lot to taki, który szybko się zapomina. Wsiadasz na lotnisku, by wysiąść na kolejnym. Jak najmniej turbulencji, uśmiechnięte stewardessy, jeśli się uda – drzemka. Byleby szybko dotrzeć na miejsce. Szybko. Bardzo szybko. Nie ma to za wiele wspólnego z podróżowaniem w moim rozumowaniu. Samolot bezczelnie ignoruje przestrzeń między puktem A i B.
A ja lubię być uziemiony. Przemieszczać się chłonąc krajobraz w ludzkiej skali, próbując zrozumieć i poczuć tkankę okolicy. Lubię zatrzymać się, zwolnić, skupić się na doświadczeniach, zapamiętać chwile. Odrzutowiec to doświadczenie wypacza. Wszystko jest odległe, małe, bez znaczenia. Ja chcę, by moja podróż miała znaczenie.

Captain Obvious pokazał mi ostatnio poniższy film (via wykop), gapiliśmy się na niego jak zahipnotyzowani co samo w sobie jest już dowodem, jak celnie ukazuje istotę podróży. Transport naziemny jest tak bosko obrazogenny.

Wyobraźcie sobie teraz rejs okrętem. Kołyszący kojąco kadłub, bezkres oceanu wokół. Zapach morza. Dźwięki napierających na kadłub fal. W porcie przywita Was śpiew ptaków a z podmuchem wiatru smagającego Waszą twarz poczujecie, że żyjecie.
Dzięki splunięciu niesfornego islandczyka Europa na moment zamarła. Utknęła. Zirytowani ludzie w poczuciu bezsilności wybrali pociagi i auta. Zmuszeni zostali do zmierzenia się z mijanym krajobrazem, być może do postoju w lesie lub na przydrożnej stacji. Nagle trzeba było odrobinę zwolnić, odezwać się do kogoś pytając o drogę, dopuścić do siebie myśl, że “stracili” cenne chwile.

Śmiem twierdzić, że wręcz przeciwnie, tak naprawdę je zyskali. A wszystko z powodu jednej chmury.
Nie pozostaje mi więc nic innego jak życzyć Wam, prawdziwym podróżnikom – więcej takich chmur nad Europą ; )


Barcelona

June 1st, 2010 by

Art i Doli już opisali swoje wrażenia. Mi się nie chce, więc zapraszam do czytania:
Wersja wydarzeń wg Doli
Wersja wydarzeń

Miłki

June 28th, 2010 by

Miłki z Miłek relacja

July 17th, 2010 by

Nie trzeba mieć żaglówki, żeby dobrze bawić się na Mazurach. Ba! Nie trzeba nawet mieć saperki, gitary i śpiewnika szantowego. Obok miejsc znanych i obleganych przez turystów, istnieją jeszcze takie, gdzie w centrum znajdują się trzy sklepy spożywcze i kościół, a nad jeziorem jedynym towarzystwem będzie stado krów na przeciwległym brzegu; gdzie za sześć złotych kupi się świeżo uwędzone ryby, a stojący przed nami w kolejce chłopczyk bez krępacji poprosi panią sprzedawczynię o dwie „srajtaśmy”. Takim miasteczkiem są Miłki, leżące kilkanaście kilometrów od Giżycka.

Do samego Giżycka dojechać można na wiele sposobów: własnym autem, autobusem albo pociągiem. Spod dworca PKP lokalni przewoźnicy rozwożą chętnych do wsi 
i miasteczek okolicznych. Do Miłek jedzie się piętnaście minut. Autobus zatrzymuje się na przystanku obok pawilonu handlowego pochodzącego z czasów minionych, gdzie współegzystuje spożywczak, sklep z narzędziami i apteka. Po drugiej stornie ulicy, między drzewami pobłyskuje jezioro. Idąc główną drogą, mija się małe domki z pelargoniami 
w oknach, ochotniczą straż pożarną, pokonuje dwa zakręty i trafia się do gospodarstwa agroturystycznego, gdzie namiot można rozbić nad wodą, a prysznic wziąć w stodole unowocześnionej solarami na dachu.

Na początku czerwca woda w jeziorze jest zimna, ale nie na tyle, żeby do niej nie wejść. Nic tak nie poprawia samopoczucia jak poranna kąpiel z kaczkami, rybami
i wodnym robactwem. Następnie śniadanie na ławeczce. Taki początek dnia stanowi idealny wstęp do profesjonalnej eksploracji terenu.

W Miłkach można zawiązać sobie oczy, zakręcić się, zatrzymać, ochłonąć, rozwiązać to, czym zawiązaliśmy i ruszyć przed siebie. Pewne jest, że natrafi się na jeziorko i że sam spacer obfitował będzie w liczne estetyczne uniesienia. Trawa jest w Miłkach zbyt zielona, niebo zbyt niebieskie, chmury zbyt białe, kwiatki zbyt żółte. Jednak to nasycenie nie przeszkadza. Chciałoby się wziąć kredki świecowe i narysować pocztówkę. Idąc polami, natknąć się można na dziki sad, na łąkach pasą się krowy i konie, a w przydomowych ogródkach łopocze pranie. Wieczorem niebo przybiera cukierkową barwę, jak na nabożnych obrazkach z aniołem stróżem. Zapuszczając się nieco dalej, tam, gdzie nie ma już żadnej drogi, odkrywa się miejsca magiczne. Duże gospodarstwo, które parędziesiąt lat temu przeżywało swój okres świetności, zostało opuszczone po śmierci najstarszych właścicieli. Spadkobiercom nie potrzebna była posiadłość na końcu świata, wyjechali więc, a dom został. Z półotwartym oknem na piętrze i przyszarzałą firanką w kuchni. Tylko rodzina bocianów pozostała wierna miejscu i tak jak dawniej, krąży nad brzozami i klekocze.

Po kolacji – wędzonej rybie i piwie, gdy nie ma wiatru, warto pokajakować. Po wodzie niosą się rozmowy przy ogniskach, rechoczą żaby, psy szczekają, młodzi ludzie upijają się na molo. W Miłkach jest miło.

Jes (prawosłowiański) – czysty i jasny.

July 18th, 2010 by

Usłyszałem o niej dawno temu, była ciekawostką, która ukryła się w zakamarkach pamięci. Po Miłkach przyszedł czas na nową podróż i nowe wyzwanie, a szukając natchnienia, przeglądając mapy, przeczesując internet, wypytując znajomych o ciekawe miejsca przypomniałem sobie o niej. Wystarczyła chwila i już wiedziałem, że będzie to podróż do źródeł. Źródeł czystości i jasności, bo od prawosłowiańskiego “jes” swą nazwę wzięła rzeka Jasiołka.

Zaplanowałem sobie wszystko od początku do końca – na papierze (w głowie) wszystko wydawało się łatwe, pogoda miała być piękna, miało być ciepło, droga miała być prosta i szeroka, wino owinięte w zimny ręcznik czekało na odpowiedni moment w bagażniku. Życie zweryfikowało jednak moje plany dosyć szybko, bo już po kwadransie utknęliśmy w korku na autostradzie. Żar z nieba, zimowe opony przyklejające się do asfaltu, silnik wyłączony, a prawa noga w rytmie wolnej rumby co regularnie naciska hamulec – jedziemy z górki. Myśląc – dobrego złe początki i ciesząc się, że udało nam się zjechać z autostrady, poczuć wiatr we włosach stanęliśmy w kolejnym korku.

Kto powiedział, że podróż do źródeł ma być łatwa? Wręcz przeciwnie, powinna dać w kość, bo gdzie byłoby miejsce dla satysfakcji. Kierując się zasadą: proste problemy rozwiązujemy w prosty sposób, prosimy panią krysię z gps’a o pomoc. Skręcamy w prawo i omijamy korek szerokim łukiem. Trasa dłuższa, za to jakie widoki! Włochy – zachodzące słońce, pola uprawne na stokach, porozrzucane niedbale drzewka owocowe, po prostu pięknie.

Plan na wieczór jest prosty – prowadzeni przez krysię jedziemy w kierunku źródła i około 20 szukamy miejsca biwakowego. Widoki coraz lepsze, góry, lasy, pozytywne nastwienie, za moment się gdzieś rozbijemy. Gdy na kilka minut przed dwudziestą trębacz wychodzi na szczyt wieży mariackiej by odegrać hejnał, my stajemy w korku. Sytuacja niewesoła, w lewo skręcić się nie da – rzeka, w prawo też nie – góra. Mija 20 minut, nie posunęliśmy się nawet o kilometr, nerwowo spoglądam na zegarek. Na horyzoncie pojawia się zapora, możemy skręcać, mijamy osuwiska i znajdujemy łąke z pięknym widokiem. Właścicielka pozwala nam się rozbić, niewiele myśląc parkuję na łące zgodnie z jej życzeniem. Następnie jako prawdziwy mężczyzna po raz pierwszy trzymający kosę, nieudolnie staram się ten malutki potrzebny skrawek wykosić. Staruszka jednak nie ma tyle cierpliwości dla chłopaka z bloków i przejmuje narzędzie kostuchy. Starając się odbudować nadszarpnięte męskie ego szybko rozbijam namiot (jestem w tym coraz lepszy). Mina mi jednak rzednie w momencie gdy zostaję uświadomiony, że parkowanie na łące nie było zbyt mądre. Trzeba spróbować wyjechać.

Podejście numer jeden – wsteczny, płynnie dodany gaz – koła buksują. Podejście numer dwa – lekki zjazd w dół, wsteczny, rozpęd – koła buksują. Auto pełne komarów, włosy mokre od potu, wizji na prysznic nie ma, a wyjechać trzeba teraz, bo rano łąka będzie mokra. Podejście numer trzy (lekcja fizyki stosowanej) – gałęzie pod koła, wsteczny i płynnie gaz – koła buksują. Podejście numer cztery – zmiana kierunku, sprzęgło, jedynka, hamulec, gaz, adrenalina – koła buksują. Podejście numer pięć – gałęzie, sprzęgło, dwójka, hamulec ręczny, wyprostowane koła, gaz, komary, adrenalina – wyjeżdżam – euforia!

W nocy oberwanie chmury, rano wstajemy, pakujemy się, dziękujemy staruszce i powracamy na trasę do źródła. Plan na dziś – dotrzeć do źródła. Gdy docieramy do zapory, kolejka samochodów już na nas czeka, żar leje się z nieba – w plan trzeba wpleść kąpiel. Jezioro Rożnowskie nie należy do najczystszych, udaje się jednak znaleźć ustrojne miejsce, wskoczyć do wody i na brudnym kamieniu spożyć posiłek. Słońce w zenicie – powrót na trasę, Podkarpacie, porozrzucane domostwa, cerkwie, malutkie cmentarze. Docieramy do Komańczy, skąd powinniśmy wyruszyć niebieskim szlakiem ku Kaniasiówce. Biorąc pod uwagę ciężar plecaków, odległość i zbierające się nad Bieszczadami czarne chmury, z bólem serca decydujemy się odłożyć treking na jutro, a noc spędzić w Zaciszu. Trzy namioty, dwa puste domki kempingowe, wychodek i prysznic. Jeden z namiotów zamieszkały przez małżeństwo, które odwiedza Zacisze od dwudziestu lat. Nie dziwię się, miejsce urokliwie położone tuż przy górskim potoku, zadbane, ciche i spokojne, można się zakochać. Właściciel pali w piecu, co równoznaczne jest z ciepłą wodą pod prysznicem, ognisko podtrzymują stali bywalcy, kiełbaska, paluszki, piwo, czyli biwak pełną gębą.

W obawie przed duchami mieszkańców Jasiela, zauroczeni Zaciszem, postanawiamy następnego dnia zostawić obozowisko, spełnić obywatelski obowiązek, a następnie udać się ku źródłu.

Wstajemy wcześniej niż dnia poprzedniego, oddajemy głos, robimy zakupy, pakujemy potrzebne rzeczy i wyruszamy. Gdy tylko wkraczamy na szlak, gdzieś w oddali zaczyna grzmieć. Jakaś tajemnicza siła nie odpuszcza, tym razem próbuje przestraszyć nas burzą. Nie zrażeni maszerujemy przed siebie. Mijajmy samotny górb wśród traw, niedźwiedzie drzewo, drzewo nieskromne, przyczajony cmentarz. Docieramy na szczyt Kaniasiówki. To na jej zboczach źródło swe ma rzeka Jasiołka. Napięcie rośnie, jeszcze tylko godzina marszu i dotrzemy do rzeki.

Nagle wszystko cichnie, wiatr ustaje, rzeczywistość przybiera żółtą barwę. Cisza przed burzą. Błysk i grzmot. Półtora kilometra do celu. W myślach powtarzam sobie, że podróż do źródła nie może być łatwa i usłana stokrotkami. A niech pada! Niech wali piorunami! Musi się udać! Burza przechodzi bokiem. Całe szczęście, bo nie wszyscy są tak pozytywnie do przeciwności pogodowych nastawieni. Docieramy do celu tej podróży. Wieś Jasiel. Rzeka Jasiołka. Chłodna, czysta i jasna, a ponadto smakuje wyśmienicie:) Do źródła można dotrzeć polną drogą na rowerze, ale wersja z emocjami i pod górę jest zdecydowanie fajniejsza.

W błędzie byłby ten, kto pomyślałby, że to koniec przygód. Trzeba przecież jeszcze wrócić do obozowiska, a jeśli wracać, to inną trasą. Na mapie, żółta ścieżka miała być tą najszybszą. Miała być, realia są zgoła inne. Po 15 minutach szlak zanika, kłody pod nogi, powalone drzewa, haszcze, pokrzywy. Trzeba omijać pozrywane gałęzie, szukać żółtych znaków. Docieramy do skraju rezerwatu, zaczyna się wyboista, wyżłobiona przez wodę ścieżka. Mijamy znak informujący o zakazie wejścia do lasu w tym miejscu. Zrywka i wycinka drzew, o której nikt nie informował jak wchodziliśmy na szlak. Dalej idziemy szosą, nie łapiemy stopa, nie miałoby to sensu, w ciągu godziny przejeżdżają 3 samochody. Czwarty sam się zatrzymuje. Dwóch hodowców gołębi proponuje nam transport. Nie zastanawiając się, wsiadamy i po kilkunastu minutach docieramy do obozowiska.

Zmęczeni marzymy tylko o prysznicu, kolacji i ciepłym śpiworze. W Zaciszu brak ciepłej wody. Trzeba zastosować wiedzę zdobytą na kursie termodynamiki technicznej i napalić w piecu. Chłopak z bloku przyzwyczajony do tego, że ciepła woda leci ze sciany, nie do końca wie jak się do tego zabrać. Trzy komory w piecu. Nie wiadomo, z której strony zacząć. Papieru na rozpałkę brak. Przez głowę przelatują złote myśli Raya Mearsa. Trociny, suche liście, patyczki. Coś zaczyna się tlić. Dmuchanie. Jest, jest ogień. Przy próbie przeniesienia do komory spalania-gaśnie. Po kilku podejściach sukces, będzie ciepła woda. Honor, duma, ego uratowane. Rozpalamy ognisko i jemy kolację. Jakby przygód było mało, zapada zmrok, giną kluczyki, zaczyna padać deszcz. Brelok z przypiętym kluczem błyszczy w trawie, woda jest przyjemnie ciepła, namiot przytulny, można zasnąć.

Powrót bez pośpiechu. Odwiedzamy cerkwie, robimy zdjęcia, piknikujemy, moczymy nogi w chłodnych wodach Jasiołki. Wieczorem docieramy do Krakowa i zaszywamy się w Siedlisku Jasiołka.

Wyliczanka

October 19th, 2010 by

A b c d

Nie ma ściany
Nikt żyw nie jest tu widziany

E f g h

Coś się rusza
Zwierzę błąka się, czy dusza?

I j k l

Łóżko trzeszczy
Ptak piszczy, niemowlę wrzeszczy

Ł m n o

Płacz, dziecino
Mama znikła, tata zginął

P r s t

W szafie pusto
Pusto w garnkach, puste lustro

U w x

Płynie Styks

Y z

You are dead.

Mia

Wstecz cała naprzód i informatycy

November 8th, 2010 by

elektroniczne
panienki dotykają
spoconą myszką

Mia

wklęśnięta klata
koszula flanelowa
seksu nie będzie

Ana

słońce już wschodzi
holachicę podziwia
na baczność staje

Ja

Voyage à Paris

December 4th, 2010 by

新年

December 14th, 2010 by

Rok – odstęp czasu między dwoma jednakowymi położeniami Ziemi w jej ruchu po orbicie wokół Słońca. Analogicznie można mówić o roku marsjańskim lub wenusjańskim – jest to odstęp czasu między dwoma położeniami planety w jej ruchu po orbicie wokół macierzystej gwiazdy.

Wikipedia

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

Meanwhile

December 21st, 2010 by